Amazonia

 

Płyta lotniska przypominała klepisko, na którym samoloty lądują całkiem przy okazji. Wsiedliśmy do land cruiserów i poturlaliśmy się przez pylącą na beżowo drogę, kiwając na wybojach głowami. Kierowca miał nad lusterkiem zawieszonego Jezusa, Matkę Boską i Boba Marleya i daremnie próbował przykręcić okno chcąc uchronić się przed drażniącym pyłem. Był wszędzie: we włosach i w majtkach, osiadał na okularach słonecznych i na zagięciach rękawów. Wszystko, co mieliśmy na sobie, nadawało się do jednego wielkiego prania.

Krajobraz za oknem był przeraźliwie nudny: wypalona dżungla, ciężarówki, kikuty palm i płytkie jak kałuże stawy, w których brodziły pelikany. Miasteczko było po drodze tylko jedno: miało asfaltowe ulice i szkołę, na podwórku której chodziły krowy. Po drodze pełnej śpiących policjantów biegały dzieci w niebieskich mundurkach.

Przy rzece czekały na nas łodzie. Silniki wydawały jazgoczący wizg, a my upychaliśmy stopami worki ziemniaków, ryżu i baniaki z wodą. Przy brzegach wysiadywały okrągłe jak owłosione piłki kapibary, szczerzyły zęby aligatory, a wielkie wodne żółwie wygrzewały się na wystających z wody konarach połamanych drzew. Nad nami latały czaple, rajskie ptaki i kormorany.

Nocami księżyc świecił jak oszalały, zalewając nas jaskrawym światłem, tak jakby ktoś zamiast sześćdziesięciowatowej żarówki wkręcił nagle setkę. Spaliśmy owinięci moskitierami jak gąsienice w swoich wełniastych kokonach, w maleńkim obłoku intymności, przez który padały długie i niezrozumiałe w świetle latarek cienie. O świcie budziliśmy się już przepoczwarzeni, zmienieni i jak niemowlaki wydostawaliśmy się z pieluch, żeby zobaczyć wschód słońca. Jego tarcza była mała i odległa, wytaczała się na wilgotne niebo niespodziewanie, pokazując się od razu wysoko nad horyzontem. W krzakach skrzeczały papugi i budziły się małpy, w rzece radośnie pluskały różowe delfiny i wszystko było tak nierealne, że musiało istnieć chyba bardzo dawno temu, kiedy po świecie chodzili jeszcze Adam i Ewa. Tak musiało być w raju, gdzie leniwe godziny w hamaku odmierzane były kieliszkami złocistego rumu, a w drzewach kryły się anakondy czekając aż dojrzeją jabłka i papaje.

Kołysaliśmy się w hamakach i słuchaliśmy szelestów, szeptów i trzasków w ciepłym powietrzu wieczoru. Popijaliśmy Paceñę, chociaż w tym niewyobrażalnym wymiarze alkohol przestał być nam potrzebny. Chcieliśmy tak trwać całą wieczność i jeszcze trochę, aż do skończenia się czasu, aż do cofnięcia się w naszej nikczemnej ewolucji i powrotu do chodzenia boso po drzewach.

I wszystko było jak sen, i nie wiedzieliśmy już, co jest realne, a co nie.

Ale wcale nam to nie przeszkadzało.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.