On the road

In the air, on the water. Podróż.
Droga do Omalo, Gruzja, Tushetia. Przez 7 miesięcy w roku leży na niej śnieg, a Tuszetia jest odcięta od świata.
Płaskowyż Nazca z samolotu

Jechaliśmy. Kraje zmieniały się równie łatwo jak baterie w aparacie, i równie łatwo się wyczerpywały. Po kilku godzinach stawały się zmęczone, wymięte i spocone, zaczynały blaknąć i tracić ostrość. Nie mogły przetrwać próby czasu, rozładowywały się nagle i bez ostrzeżenia. Zaczynało się to od jakiegoś punktu w krajobrazie. Nagle kontury rozpływały się w upale i zmieniały w płynny pejzaż, który rozlewał się pastelowo-brudną mazią po szybach samochodu. Najgorzej było w nocy, która przykrywała wystające kanty i zmiękczała je do rana tak, że prawie nic z nich nie zostawało. Nie potrafiliśmy w ogóle tego zrozumieć. Przekraczaliśmy granice kolejnych krajów jak często się dało, zatrzymywaliśmy się tylko przy bankomatach i na stacjach benzynowych, ale one i tak ciągle nam uciekały, roztapiając się na naszych oczach.

Przednia szyba w kamazie, który złapałyśmy na stopa na trasie Annanuri-Tbilisi.
Droga do Omalo. Napęd na cztery koła konieczny

Nie mogliśmy nadążyć. Próbowaliśmy przyspieszać, ale przestrzeń nie chciała pokrywać się z czasem. Jechaliśmy na wschód, a kręcąca się w przeciwną stronę Ziemia uciekała nam spod nóg. Przylepialiśmy się do powierzchni ziemi i usiłowaliśmy przeczekać ten huragan przemijania. Czasami nam się udawało. Czas cofał się wtedy o kilka minut i mogliśmy zaczynać od nowa. Na tyle, na ile pozwalała nam galopująca wciąż na zachód geografia.

Jechaliśmy. Przez szyby do wnętrza wciskały się jakieś nieprawdopodobne krajobrazy. Przełęcze zawieszone na wysokości pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, oślinione śniegiem wulkany i mokra pampa, po której biegały alpaki i vicuñie. Wszystko było powiększone i majestatyczne. Rozmiary przekraczały naszą wyobraźnię, musieliśmy więc zamykać oczy, żeby jakoś wytrzymać tę nieznośną skalę.

Góry Tuszetii, Gruzja

Jechaliśmy. Przeprawialiśmy się przez jeziora o wodzie czystej tak, że widzieliśmy utopce i nereidy skryte w wodorostach na dnie, i złote rybki śmigające pomiędzy piersiami słodkowodnych syren, które swoim oddechem zmieniały wodę w lód. Oglądaliśmy kolory tak nasycone i jaskrawe, jakby świat został cały poprawiony przez fotoszop i prezentował nam się w większym kontraście niż dopuszcza ludzka siatkówka. Jechaliśmy przez góry obite zielonym aksamitem jak wypchane siedzenia w staromodnych krzesłach, przetarte trochę na brzegach i spłowiałe od słońca. Wyrastały z krajobrazu jak piersi matki ziemi, z których płyną mleczne wodospady.

Przeprawa promowa przez jezioro Titikaka, Boliwia

Jechaliśmy. Na granicy z Boliwią można było fotografować, a celnicy z rozmachem wbijali nam w paszporty piękne pieczątki. W budce oprócz wysłużonego biurka był tylko portret Evo Moralesa, a pogranicznik pouczał każdego, że to prezydent. Na koniec wszyscy machali nam ręką. Wokół kręciły się koty.

Przekraczam pieszo granicę peruwiańsko-boliwijska (taken by ifirek)

Jechaliśmy. Przez szyby do wnętrza wciskały się jakieś nieprawdopodobne krajobrazy. Przełęcze zawieszone na wysokości pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, oślinione śniegiem wulkany i mokra pampa, po której biegały alpaki i vicuñie. Wszystko było powiększone i majestatyczne. Rozmiary przekraczały naszą wyobraźnię, musieliśmy więc zamykać oczy, żeby jakoś wytrzymać tę nieznośną skalę. W indiańskich autobusach sprzedawali suszone banany, chipsy, lody i kozinę z grilla, na dworcach można było kupić smażony ser i pstrąga w woreczku, a przemytnicy niewinnych towarów łypali podejrzliwie na wszystkich i usiłowali wcisnąć nam choćby parę butów albo dziecięcy kocyk z polaru.

W drodze do dżungli
Gdzieś między Nazca a Arequipą
Kierowca upycha bagaże na dachu busa
Riksze w Puno, Peru
Najtańsza klasa pociągu Pekin-Szanghaj. Mniej więcej druga w nocy

Jechaliśmy. Potrzebowaliśmy ruchu, ciągłego przemieszczania się, nieważne gdzie, żeby zabić narastające uczucie, że stoimy w miejscu i wrastamy powoli w obcy kraj jak chwasty. Tylko ruch pozwalał naszej krwi krążyć w żyłach, a zmieniające się za oknami krajobrazy ratowały nas przed cierpkim losem żony Lota, której tęsknota za domem kazała odwrócić się i pozwoliła zostać w nim na zawsze.


One thought on “On the road

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.