Bałkany

Odbudowany most w Mostarze, Bośnia

Bośnia była naszym rajem na ziemi. Było już pod wieczór, więc wszystkie tiry ciągnęły na parkingi przy stacjach benzynowych. Droga do Banja Luki usiana była tanimi motelami z rozjarzonymi na różowo szyldami, barami, gdzie dawali piwo i gdzie można było pograć na automatach, czynnymi całą dobę warsztatami samochodowymi, burdelami, knajpami i innymi przybytkami uciechy dla strudzonych kierowców.  Żałowaliśmy, że sami nie jedziemy osiemnastokołówką i nie należymy do tej milczącej społeczności ludzi żyjących w drodze, chociaż byliśmy do siebie trochę podobni, bo to całe jeżdżenie, ciągły ruch był im tak samo niezbędny do życia jak nam.

Gdzieś w Albanii

 

No więc Bośnia była rajem. Poza tym, że policjanci zatrzymywali nas co jakieś sto kilometrów, machając przyjaźnie z pobocza i witając słowami „zielonu kartu”. Próbowaliśmy ich przekonać, że my turisty, wracamy do domu i nie mamy już ka-emów, ale oni kręcili głowami z dobrotliwym uśmiechem i przekonywali, że możemy płacić w euro. Zwykle po negocjacjach udawało się stargować do jakichś czterdziestu. Raz stanęło na flaszce i papierosach. Klepali nas potem po ramieniu i życzyli szerokiej drogi, ale my i tak byliśmy wściekli.

Dubrovnik

Nie pozostało nam nic innego jak toczyć się przepisowe sześćdziesiąt na godzinę i podziwiać po drodze jakieś krajobrazy. Trochę tego było. Wodospady, góry, zielone jeziora, nad którymi przerzucone były świeżo odbudowane mosty wpisane na listę UNESCO, kamienne miasta nad rwącymi potokami i jakieś inne duperele, którymi nieszczególnie zawracaliśmy sobie głowę.

Mostar

W Sarajewie zachodziło akurat słońce. Muzułmańskie cmentarze wyglądały jak strzelające w powietrze pola białych mieczyków. Ścieliły się na każdym wzgórzu i nie mogliśmy oderwać od nich oczu. Siedzieliśmy z flaszką wina na którymś z pagórków i patrzyliśmy na cienie kładące się na dolinie miasta.

Sarajevo

W dzielnicy Baščaršija można było kupić Barbie w chuście, pić turecką kawę i oglądać się za dziewczynami na szpilkach. Islam radośnie mieszał się z prawosławiem i wreszcie czuliśmy się jak w domu. Na litry piliśmy miętową herbatę i kawę po turecku i nigdzie się nam nie spieszyło.

Sarajevo

Jechaliśmy dalej, trochę na południe, a trochę na wschód.  Akurat wypadła nam Czarnogóra. Cywilizacja kłaniała nam się w pas, wszędzie fruwały jednorazowe torebki, a celnik, kapiąc potem na bośniackie stemple, obejrzał paszporty i wbił w nie piękne, nowiutkie pieczątki. Na masztach powiewały sobie wesoło flagi z dwugłowym orłem, a Serbowie mieli to gdzieś.

Sofia

Pojechaliśmy do Podgoricy tylko po to, żeby przejechać się starą drogą Kotor-Cetinje. Rozgrzane hamulce piszczały na każdym zakręcie. Cetnije było martwe. Wyglądało, jakby wszyscy rzucili nagle pracę w cholerę i sobie poszli. Tylko, że nie mieli dokąd. Knajpy były pootwierane, ale nikt w nich nie siedział. Skondensowane gorąco wylewało się ociężale z nieba jak beton z ogromnej błękitnej betoniarki. Siedzieliśmy w otępieniu nad mrożoną kawą i nie mieliśmy siły przetrawić martwoty. Zaparkowane pod drzewami samochody czekały na zmrok.

Cetinje
Cetinje

 

Pojechaliśmy dalej nie wiadomo czemu przez Rumunię. Ziemia była niebieska i pachniała deszczem. Niebo wisiało nisko nad horyzontem prawie szorując brzuchem o góry. Kłęby chmur zaczepiały się o szczyty i rozdzierały o ich ostre krawędzie, a z ich poranionych ud ciekły jasne wstążki zachodzącego słońca.

Bułgaria. Tajemniczy jeździec z Madary

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.