A co, jeśli…? Czyli o przedwyjazdowej panice

Miałam kiedyś znajomą, która lubiła mówić od czasu do czasu: “Siać, siać, siać”. Gdy pytało się, co siać, odpowiadała: “Panikę, panikę, panikę”.

Jestem panikarą. Uwielbiam snuć pesymistyczne wizje i pisać czarne scenariusze, a w wymyślaniu, co może pójść nie tak jestem mistrzynią. Zwłaszcza przed wyjazdami, bo tu sytuacji, gdzie coś się nie powiedzie, jest bez liku.

Jestem kwiatem lotosu na powierzchni jeziora. Jestem kwiatem lotosu...
Jestem kwiatem lotosu na powierzchni jeziora. Jestem kwiatem lotosu…

I tak przed naszą Wielką Jesienną Wyprawą wpadłam w popłoch. A raczej wpadam nieustannie. A co jeśli sytuacja w Turcji się pogorszy? Jeśli okaże się, że wschód jest jednak zbyt niebezpieczny? A jeśli nie dostaniemy wizy do Iranu? A jeśli dostaniemy, ale za późno? Trzeba to było załatwiać wcześniej! A jeśli nie zdążymy wyrobić wizy do Indii? A jeśli…?

Wiem, że można tym skutecznie zatruć sobie życie, ale pesymiści powinni mnie zrozumieć. Nic na to nie poradzę, kocham się zadręczać i potrafię spędzić na tym całe popołudnie albo dwa. Bywa, że wpadam w prawdziwą paranoję. Liczę ofiary dotychczasowych zamachów w Turcji, drobiazgowo sprawdzam, gdzie padły strzały, przekopuję internet w poszukiwaniu informacji, ile ktoś czekał na wizę… Słabe? No słabe. Zwłaszcza, że nie wystarczy mi powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze. Więc jakie jest rozwiązanie? W moim przypadku: opracować plan B, a najlepiej i C.

Przed każdym wyjazdem czuję się mniej więcej jakbym jechała czymś takim... (fot. pixabay)
Przed każdym wyjazdem czuję się mniej więcej jakbym jechała czymś takim… (fot. pixabay)

Wszystko da się zmienić. Plan przejazdu przez Turcję można zmodyfikować. Wizę irańską wyrobić w magicznym konsulacie w Trabzonie (więcej o tym w kolejnym poście), a Indie… zamienić na Nepal (wizę wyrabia się na lotnisku). Brzmi absurdalnie? Mnie pomogło się uspokoić. Wiedza o tym, że istnieje alternatywna wersja wydarzeń, jest pocieszająca.

Ale jeszcze lepsze jest zwykle to, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie 🙂

Czyli: na maila przychodzi wiadomość o treści: پس از گذشت سه روز كاري از دريافت اين موافقتنامه به نمايندگي جمهوري اسلا, podpisana Iran Ministry of Foreign Affairs. Znaczy to mniej więcej, że możecie do Iranu wjechać, a wizę powinniście dostać w ambasadzie prawie od ręki. Następnego dnia Indie ogłaszają wprowadzenie e-wizy dla obywateli 87 krajów, w tym Polski. Wniosek wysyła się przez internet, omijając ambasadę i znienawidzone przez wiele osób biuro pośrednictwa BLS. Do tego cała procedura zajmuje – według informacji – 5 dni roboczych!

(Więcej o e-wizie indyjskiej przeczytacie tutaj)

W miejsce paniki ogarnia mnie więc euforia. I tylko powstaje pytanie, po chuj było tracić energię na denerwowanie się…

hakuna


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.