Ludzie Bishnoi

Dziewczyna na zdjęciu ma może siedemnaście lat. Jest śliczna. Dłonie ma wciąż ozdobione tatuażem, na przegubach rąk ślubne bransoletki. Niedawno wyszła za mąż. Teraz jest żoną. I synową. Czyli nikim. Nie ma praw. Ma być skromna i posłuszna. Zakrywać twarz, by okazać teściowej respekt. Albo raczej nie rozwścieczać jej swoją urodą.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Asia
fot. Asia

Czy wyszła za mąż z miłości? Czy może małżeństwo zostało starannie zaaranżowane, a rodzina długo zbierała pieniądze na posag? Może musieli się zadłużyć? Może mają na wydaniu jeszcze kilka córek? A może jest ich jedyną, ukochaną dziewczynką?

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Na tysiąc mężczyzn przypada w Indiach 940 kobiet. Zgodnie z prawem rodzice nie mogą przed urodzeniem poznać płci dziecka, ale selektywne aborcje nadal są przeprowadzane. Czasami dziewczynki zabija się już po urodzeniu. Czasami dlatego, że rodziny nie stać na posag – nielegalny w świetle prawa, ale wciąż powszechny. Czasem z innych powodów. Hindusi nie chcą mieć córek, bo wiedzą, jaki los je czeka. I że niewiele mogą zmienić. Zdarza się, że synowa “nie sprosta” wymaganiom rodziny (np. nie urodzi dziecka). Wtedy – czasami – oblewana jest łatwopalną substancją i podpalana. Nie wiadomo, ile jest takich przypadków w Indiach. Według szacunków, na każdy zgłoszony przypada 300 niezarejestrowanych.

I można sobie pisać o emancypacji indyjskich kobiet ile się chce. Tradycja nadal bywa silniejsza niż prawo. Gorzkie to, prawda? I dobrze. Takie ma być.

Ale miało być o ludziach z Bishnoi.

Do ich wiosek nieopodal Jodhpuru przywiózł nas Sanjay, przewodnik i właściciel agencji turystycznej, który od lat organizuje “village safari”, choć lepszą nazwą byłoby “people safari”. Wiem, brzmi okrutnie, ale Sanjay robi dla tej społeczności wiele dobrych rzeczy. Na przykład – razem z wolontariuszami – buduje we wsi szkołę albo damską toaletę. Sama nie wiem, co bardziej potrzebne.

fot. Asia
fot. Asia
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Asia
fot. Asia
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Podczas “safari” odwiedzamy w sumie trzy cztery rodziny. Piętnaście minut w jednym domu, godzina w drugim. Czaj, kilka standardowych pytań. Co robimy? Ile mamy dzieci? Jesteśmy małżeństwem? Co to jest ten długopis, który pali Kuba?

Mówimy niewiele, raczej przyglądamy się sobie. Nieprzewidywalne są tylko dzieciaki: tłoczą się, żeby zobaczyć zdjęcia na komórce, wpychają się przed obiektyw, nie mieszczą się w kadrze, pytają o wszystko, choć po angielsku potrafią zaledwie kilka słów. A na koniec długo nas żegnają, chociaż nie mamy dla nich nic: no coin, no pen, no chocolate. Daliśmy im piętnaście minut. Trochę swojej uwagi. A może na odwrót.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Ludzie z Bishnoi nie jedzą mięsa, nie piją alkoholu, nie używają tytoniu, nie zabijają zwierząt i nie ścinają drzew. Nazwa “bishnoi” pochodzi od słów bis (“dwa) i nai (“dziewięć”), które z kolei oznaczają 29 reguł ustalonych przez guru o niewymawialnym imieniu. Guru jakieś 540 lat temu nakazał chronić przyrodę, bo jej niszczenie to niszczenie samego siebie.  W ten sposób powstała ekoreligia, nakazująca dbanie o wszelkie stworzenia. W 1730 roku 363 Bishnoi zginęło, próbując ratować drzewa przed nakazaną przez króla wycinką. Ludzie przywiązali się do pni i zostali ścięci wraz z nimi.

Bishnoi pilnują, żeby nawet drewno do paleniska oczyścić z mrówek. A idąc (przynajmniej w teorii), zamiatają drogę miotełką, żeby nie nadepnąć pająka. Zajmują się wyrabianiem garnków, szyciem, rolnictwem. Żyją długo. Niespiesznie. Dni upływają im w kucki na ganku, na podwórku, przy maszynie do szycia. Ot, czasem przyjedzie dżip z turystami, którym pokażą swoją kuchnię i pozwolą zrobić kilka zdjęć. My ich zapamiętamy, ale oni nas – wątpię.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Wiem, że to, co napisałam, to ledwie prześliźnięcie się po powierzchni rzeczywistości. Byliśmy w życiu tych ludzi przez kilkanaście minut. Nie będę wam wmawiać, że zajrzeliśmy głębiej. Że rozmawialiśmy z nimi zupełnie normalnie. Nie. Nie wpuścili nas do swojego świata. Pozwolili tylko uchylić rąbka zasłonki, tyle na ile się zgodzili.

Im dłużej tu jestem, tym mniej rozumiem ten kraj. Próbuję to jakoś poskładać, ale każde sklecone dzisiaj o Indiach zdanie ma posmak porażki. To chwila, kiedy ładne obrazki już nie wystarczają, kiedy potrzeba czegoś więcej, ale jestem zupełnie bezradna. Indii nie da się łatwo ogarnąć, powiedzieć, że jest “tak i tak”, sprowadzić do kilku klisz i frazesów.  O Indiach można powiedzieć wszystko, rzeczy ze sobą zupełnie sprzeczne, a i tak wszystko to będzie prawdziwe.

Dlatego mi dzisiaj wybaczcie. Następna notka będzie o wielbłądach. O wielbłądach jest pisać o wiele łatwiej niż o ludziach.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

 

 

 

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.