Jak uprzykrzyć życie turyście

Och, wiem. To my uprzykrzyliśmy im życie. Przyjechaliśmy, przywieźliśmy swoje komórki, aparaty, dolary, zwyczaje chodzenia w krótkich spodenkach i odsłaniania ramion, trzymania się za ręce i okazywania uczuć. Zażądaliśmy kawy z ekspresu i ciepłej wody w kranie 24 godziny na dobę, muffinów, croissantów i bułek z serem. Dali nam więc te bułki, te croissanty i espresso. Ale nie za darmo.

Zepsuliśmy ich. Dawaliśmy napiwki, bo chcieliśmy podziękować. Dawaliśmy dzieciom długopisy, żeby miały na pamiątkę. Nie chcieliśmy się targować, bo w końcu ile to jest te dwieście rupii…Gotowi byliśmy płacić za wszystko, za zdjęcie, za uśmiech, za wskazanie drogi. Zakładaliśmy te krótkie spodenki i szliśmy oglądać uświęcone miejsca, a oni tylko kiwali głowami. Głupi turyści, wybaczmy im. Wybaczmy im wszystko.

One dollar, madam! Czyli jak rozpuściliśmy dzieciaki (fot. Kuba Głębicki)
One dollar, madam! Czyli jak rozpuściliśmy dzieciaki (fot. Kuba Głębicki)

I teraz jest tak, że każdą turystkę z Zachodu można bezczelnie zaczepić i klepnąć po tyłku (nie przesadzam), tym bardziej jeśli nosi koszulkę bez rękawów. A każdego turystę bezczelnie oskubać, bo przecież i tak zapłaci. I taką mamy turystykę, jaką sami sobie zgotowaliśmy.

To nie jest tak, że narzekam. Taka jest rzeczywistość. Masowa turystyka zabija w ludziach pewne rzeczy, a w kraju biednym, takim jak Indie, przynosi nieodwracalne skutki. Dlatego jeśli możecie, to jedźcie. Do Indii, Iranu, Gruzji, Azji Centralnej. Za parę lat wszystko może tu wyglądać inaczej niż teraz. Trzeba się spieszyć.

Plus jest taki, że może za parę lat będzie się jeździć po lepszych drogach. Remont tej trwa już w nieskończoność (fot. Kuba Głębicki)
Plus jest taki, że może za parę lat będzie się jeździć po lepszych drogach. Remont tej trwa już w nieskończoność (fot. Kuba Głębicki)

Plus jest taki, że może, może, na lepsze zmieni się to, co dzisiaj jest naprawdę irytujące, nieznośne i zwyczajnie niepotrzebne. Po dwóch miesiącach podróży mamy tego całkiem pokaźną listę. Chociaż, jak widzicie, wcale nas to nie powstrzymuje przed jechaniem dalej, bo podróż jest doświadczeniem cudownym. Ale ponieważ trochę nam zalazła ostatnio za skórę, oto rzeczy, które uprzykrzają życie turyście – nie tylko w Indiach:

1. Naganiacze. Największa plaga Indii. Są wszędzie i wszędzie pytają, co chcecie. Czterdzieści razy dziennie. Pięćdziesiąt. Madame, wanna boat? Rickshaw? Come to my shop, only looking, looking no money! You wanna tuk tuk mister? Cheap price, very cheap. Boat? Nice boat, you come later okay? Good price, you wanna hashish? I tak bez przerwy. Do tego stopnia, że macie ochotę przykleić sobie na czole kartkę z napisem “NO FUCKING BOAT”, choć pewnie i tak niewiele by to dało. Oni są niestrudzeni. Nigdy nie zrozumieją, że jak będziecie chcieli rikszę, to sami przyjdziecie. Nie zrozumieją, że wolicie się przejść. Muszą zapytać. Pytają. Czterdzieści, pięćdziesiąt razy. Nie zapytają, nie zarobią. Proste.

Please, come to my shop! (fot. Kuba Głębicki)
Please, come to my shop! (fot. Kuba Głębicki)

2. Zaczepki. W Iranie, tym konserwatywnym do bólu kraju, wystarczyło, że rozstaliśmy się z Kubą na 10 minut, a już podbiegali, przesyłali całusy, mlaskali, próbowali dotknąć. W Indiach jest jeszcze gorzej, bo w tłumie niekiedy uda im się złapać za udo albo pośladek. Kobiecie w pojedynkę nigdy nie jest – moim zdaniem – łatwo, ale to może być największa zmora. Niestety, zachodnia turystka zazwyczaj kojarzy się z rozwiązłością. Lepiej mieć oparcie na męskim ramieniu.

3. Różne ceny wstępów. W Europie nie do pomyślenia, w Iranie i Indiach powszechne. Irańczyk za wstęp do Persepolis płaci 20 tys., turysta – 150 tys. riali. Hindusi płacą 20 rupii za Taj Mahal, turyści – 750. I tak jest wszędzie, przy czym różnice naprawdę są ogromne. Nie ma ulgowych biletów. Jesteś z Zachodu, płać.

DSC_4878
Turyści 300, Hindusi 20 rupii. Czyli typowy cennik w Indiach (fot. Kuba Głębicki)

4. Ceny z kosmosu. Wysiadasz z pociągu na dworcu, jest siódma rano. Rikszarz od razu cię wyłapuje. Jest ci gorąco, marzysz tylko o prysznicu. Pytasz ile, on mówi czterysta rupii. Choć powinno być pięćdziesiąt. Albo i mniej. No to negocjujecie, on schodzi do trzystu i więcej nie chce, szukasz kolejnego. Zaczyna się nieźle, od dwóch stów, schodzicie do setki. Wsiadasz, chociaż i tak wiesz, że przepłaciłeś. Ale już ci wszystko jedno. I tak codziennie. Parę razy dziennie. W Iranie jest zresztą podobnie, taksówkarze żądają nieraz astronomicznych kwot i nie chcą negocjować. Bo wiedzą, że znajdą kogoś, kto tyle zapłaci. Spotkane w Iranie Polki (podróżowały we trójkę) mówiły, że taksówkarze często na koniec kursu żądali wyższej stawki niż ustaliły z nimi wcześniej. Jedyny sposób: przy wysiadaniu najpierw plecak na plecy, potem odliczona gotówka w dłoń i w nogi. Jeżdżenie na licznik? Zapomnijcie. Nam parę razy udało się w Turcji (większe miasta), poza tym to wynalazek, który dla nich nie istnieje.

Dobry kibel nie jest zły (Indie, fot. Kuba Głębicki)
Dobry kibel nie jest zły (Indie, fot. Kuba Głębicki)

5. Kanty i oszustwa. Idą w parze z zawyżaniem cen. W Turcji zdarzało nam się, że lokalsi zaklinali się na wszystkie świętości, że nie ma busika do miejscowości X, więc musicie jechać taksówką (choć busik oczywiście jeździ). To też stara taktyka w Indiach: jak nie macie rezerwacji w hotelu, rikszarz będzie was przekonywał, że ten, do którego chcecie jechać, jest zamknięty/w remoncie/nie ma w nim miejsc. Niektóre kanty są wyrafinowane: Tajwańczyk opowiadał nam, że w Delhi rikszarz zawiózł go do “jego” hotelu, przed którym stał fałszywy (!) właściciel i mówił, że hotel jest fully booked. Potem zawiózł go do fałszywej informacji turystycznej, która “załatwiła” odpowiedni hotel (i odpowiednio droższy). Trzeba uważać też na ludzi, którzy proponują jedzenie na ulicy, chcą wam błogosławić albo gdzieś zaprowadzić. Na koniec na pewno zażądają olbrzymiej kasy. Najgorsze pod tym względem są Indie. W Iranie to zjawisko niemal nie istnieje (choć tam targować się o cenę czasem trzeba).

6. Noszenie hidżabu. No, to właściwie tylko w Iranie, ale szczerze wam powiem, że po trzech tygodniach miałam tej szmaty dość. Zwłaszcza, że trzeba ją było nosić wszędzie, nawet w nocnym autobusie. Na pocieszenie dodam, że parę razy hidżab mi spadł, a ja zauważyłam to dopiero po dobrych kilku minutach. I nikt się tym absolutnie nie przejął.

Zasady są różne i wszystkie trzeba respektować. W Indiach do niektórych świątyń nie wolno wchodzić np. miesiączkującym kobietom (fot. Kuba Głębicki)
Zasady są różne i wszystkie trzeba respektować. W Indiach do niektórych świątyń nie wolno wchodzić np. miesiączkującym kobietom (fot. Kuba Głębicki)

7. Zdejmowanie butów. Odwrotność wkładania hidżabu. W Iranie było śmiesznie, bo tam w ogóle nie powinno wchodzić się do pokoju w butach. Ale do łazienki trzeba wejść w klapkach, więc w każdym hotelu był dyżurny zestaw – duże, większe i ogromne. Uwaga: to są klapki tylko do łazienki (bo tam jest “brudno”), nie do chodzenia po pokoju. Po pokoju chodzi się boso. W Indiach dodatkowo buty zdejmować trzeba przed wejściem do świątyń i na ghaty, przy czym czystość podłoża bywa bardzo różna. Zazwyczaj taka, że nogi potem doszorować trudno. Najbardziej wkurzające jest jednak to, że butów w ogóle nie możesz wnieść do świątyni, tylko musisz je zostawić. Oczywiście za odpowiednią opłatą, żeby nie zginęły. W Taj Mahal już wpadli na to, jak to rozwiązać i dają turystom ochraniacze (choć akurat tam jest czyściutko i spokojnie można chodzić na bosaka).

Wielbłądy są fajne, bo nic od turysty nie chcą (fot. Kuba Głębicki)
Wielbłądy są fajne, bo nic od turysty nie chcą (fot. Kuba Głębicki)

8. Podatki i service charge. Niektóre restauracje podają ceny netto (zwykle bardzo zachęcające), ale przy rachunku okazuje się, że musicie zapłacić 20 procent więcej, bo doliczają podatek i koszt obsługi. Zdarza się wszędzie: w Turcji, Iranie, Dubaju, Indiach. Nadmieniam, że czasem informacja o podatku napisana jest maczkiem na ostatniej stronie menu.

9. Wyposażenie pokoi. My naprawdę nie mamy dużych wymagań, ale czy naprawdę w pokoju musi być tylko jedno gniazdko? I to np. wysoko pod sufitem? Miło by było także, gdyby czasem dali zamiast trupiej świetlówki jakąś normalną lampę, ale na to pewnie trzeba będzie poczekać.

Ma być tanio, wygodnie i bezpiecznie? Bywa różnie... Na zdjęciu indyjski autobus (fot. Kuba Głębicki)
Ma być tanio, wygodnie i bezpiecznie? Bywa różnie… Na zdjęciu indyjski autobus (fot. Kuba Głębicki)

10. Przerwa na siku? W Turcji autobusy są super: czyste, wygodne i zatrzymują się co dwie godziny na siku i czaj. W Iranie te tańsze są mniej czyste, mniej wygodne i bywa, że nie zatrzymują się wcale. Sześć godzin bez sikania? No proszę!

11. Turysta zło konieczne. W Turcji i Iranie w lokalnym transporcie wszyscy się nami przejmowali, dawali lepsze miejsca, przepuszczali w kolejce, częstowali słonecznikiem. W Indiach – zapomnijcie. Dostaniecie miejsca z tyłu na kole i nikt się nawet nie będzie chciał z wami kłócić. I tak się macie cieszyć, że nie dokwaterowali wam kogoś na trzeciego. Zdarzyło się nam też, że w lokaleskiej knajpie nieszczególnie chcieli nas obsłużyć i tylko gapili się jak na uciekinierów z cyrku.

Indie tonące w śmieciach. Mogliby czasem ogarnąć (fot. Kuba Głębicki)
Indie tonące w śmieciach. Mogliby czasem ogarnąć (fot. Kuba Głębicki)

12. Knajpy, w których jest wszystko i w których nie ma nic. Czyli to akurat przykład, że kij turystyki ma dwa końce. W indyjskich knajpach w turystycznych miejscowościach jest wszystko: jedzenie chińskie, koreańskie, włoskie, falafel, pizza i chow-mein. W efekcie nic nie przypomina niczego i nic nie jest dobre (oczywiście upraszczam, jedliśmy w Indiach niezłą pizzę). W Iranie z kolei bywa, że w knajpie do wyboru są dwa-trzy dania, do tego umiarkowanie smaczne. No i teraz stoimy w rozkroku: im więcej turystów, tym bardziej międzynarodowe menu, a tam, gdzie turystów nie ma, wyboru nie ma (zwłaszcza w Turcji, gdzie wśród kebabów można przebierać, ale wegetarianie mają ciężkie życie). Prawda jest taka, że najlepsze żarcie jest na ulicy albo w małych lokalach, które serwują trzy-cztery specjalności albo w rodzinnych restauracyjkach, gdzie kuchnia naprawdę jest domowa. I tak, nadal tęsknimy za śledziem, schabowym, tatarem, kiełbasą, bigosem i żurkiem.

Knajpa, w której jest wszystko i tak lepsza jest od knajpy, w której nie ma nic (fot. Kuba Głębicki)
Knajpa, w której jest wszystko i tak lepsza jest od knajpy, w której nie ma nic (fot. Kuba Głębicki)

13. Śmieci i śmierdzi wszędzie. W Indiach często w miejscach publicznych brakuje toalety, a Hindusi sikają gdzie popadnie. Więc śmierdzi. Syfią też niewyobrażalnie, więc nawet piękne, zabytkowe budynki toną w brudzie i śmieciach. Spadło, niech leży. Wdepnięcie w kupę – krowią, psią lub ludzką – nie jest tu niczym wyjątkowym. Tęsknimy więc za czyściutkim Dubajem, Iranem, gdzie publicznej toalety nigdy nie trzeba było szukać dłużej niż parę minut i Turcją, gdzie w kibelku zawsze, ale to zawsze, była woda i mydło.

Hindusi też bezczelnie robią nam foty komórkami, bez pytania i bez ostrzeżenia. Odpłacamy pięknym za nadobne (fot. Kuba Głębicki)
Hindusi też bezczelnie robią nam foty komórkami, bez pytania i bez ostrzeżenia. Odpłacamy pięknym za nadobne (fot. Kuba Głębicki)

Tak jak napisałam, niech was to nie zniechęca. Widać, że np. z naganiaczami na dworcach niektóre indyjskie miasta walczą i nie wpuszczają ich na perony. W dużych miastach są prepaid taxi, których cena jest stała. W wielu miejscach wiszą tablice “do and don’t”, które mają uświadomić przybyszów, by nie ufali obcym, ale i zachowywali się z szacunkiem. W Iranie turystów dopiero się uczą, ale często z sukcesem: powstają kawiarnie z bezpłatnym wifi, w hotelach miłym akcentem jest darmowa herbata, a ludzie – o czym już pisałam – są przecudowni.  W Turcji autostop działa świetnie, ludzie są pomocni, zapraszają, by usiąść z nimi, pogadać, są ciekawi świata. W Indiach zresztą też: trudno zliczyć pociągowe dialogi, a Kuba rozdał już chyba wszystkie swoje wizytówki. Bo Turcja, Iran, Indie są fantastyczne i kochamy tu być. No, może akurat dzisiaj trochę mniej kochamy. Ale niech was to nie zwiedzie. Niech was nie zwiedzie.

A mogło być tak cudownie... (fot. Kuba Głębicki)
A mogło być tak cudownie… (fot. Kuba Głębicki)

2 thoughts on “Jak uprzykrzyć życie turyście

  1. Rozne ceny dla obywateli kraju i cudzoziemcow to akurat bywa standard, nie wiem jak teraz, ale jeszcze niedawno w rosyjskich czy radzieckich muzeach obowiazywaly rowniez dwie ceny – rozniace sie… istotnie.
    Co do postawy – podejrzewam ze to kwestia ludzi, ich postaw i zaszlosci historycznych oraz warunkow zycia.
    Jesli ten “one dollar” czy przewoz lodka to kwestia jedzenia czy dachu nad glowa, to sila rzeczy beda o nia walczyc. W ich oczach “zachod” do kraina pieniedzy lezacych na ulicy, bo jesli kogos stac na bilet na wakacje, to znaczy ze ma mase pieniedzy. Tam na bilet do “lepszego zycia” czyli ciezkiej pracy nierzadko sklada sie i zapozycza cala rodzina.
    Nie mam zludzen, ze nasza gospodyni w Biskupinie przyjmuje nas dlatego, ze placimy i w jej oczach jestesmy bardziej lubianymi stuzlotowkami.Owszem, lubi nas – da nam za darmo jedzenie jak ugotuje wiecej, zaprasza na rocznice slubu (bo akurat wypada w festyn), ale za darmo by nas nie przyjela.

    Do tego doklada sie poklosie kolonializmu (wiem ze to brzmi jak z podrecznika rewolucjonisty, ale to gdzies tam tkwi, jak zabory w Polsce) – bialy to ciagle symbol opresji, wycyckanie go to kwestia honoru.
    “Biali” czesto nie szanuja tez mieszkancow i ich zwyczajow i tamci to odczuwaja, wiec dodatkowo zmniejsza to skrupuly. “Tubylcow” traktuje sie podobnie jak zwierzeta na safari – a oni maja swoja godnosc i podejrzewam, ze moze trafiac ich jasny szlag.
    Przyklad z naszego podworka – “wycieczki na Prage”. Fotograf, ktory robil reportaz o mieszkancach praskiej kamienicy opowiadal, ze tych ludzi wkurzalo (i osobiscie im sie absolutnie nie dziwie), ze wpadala im na podworko banda “z miasta” i robila fotki “malowniczej nedzy i ruiny”, ani sie nie przywitaja, ani nie poprosza o pozwolenie na wejscie, tylko pstryk, pstryk i ida dalej.

    Pewnie jakis tam wplyw na obyczaje ma “turystycznosc” okolicy – kolega wiele lat pracowal w misji archeologicznej w Egipcie; mowil ze Kair to “10 dollars”, naganiacze, zdzieranie za wszystko, a jak sie pojedzie w interior, to ludzie zaprosza Cie na obiad, pomoga naprawic samochod, zatroszcza sie o Ciebie i wszystko to za darmo.
    Nie balabym sie o Gruzje, Turcje i Iran bardziej niz o Paryz czy Barcelone, tak szczerze mowiac. Te kraje nie mialy przeszlosci kolonialnej, wiec najwyzej grozi im standardowe “turystyczne” zadeptanie.

    Like

    1. Masz racje. Nie oczekuje ze cokolwiek będzie za darmo, przecież to byłoby absurdem. Ale faktem jest ze pare tygodni w Indiach potrafi zmęczyc. Miejsca tłumnie odwiedzane sa tłumnie odwiedzane nie bez powodu. Kolonialna przeszłość oczywiście daje o sobie znać, ale większość ludzi- turystów plecakowiczow, chce sie dowiedzieć czegoś o kraju, poznać ludzi, szanując zwyczaje i podchodząc serdecznie. Kanty nigdzie nie sa w porządku, niezależnie od intencji, oszukiwanie kogoś ma wyrafinowane sposoby nie moze byc usprawiedliwione przez lata ucisku i to ze ktoś ma rodzine do wyżywienia. Hindusi na słowo Poland reagują zazwyczaj lepiej niż na France i to tez jest miłe. Ale sa sytuacje graniczne, kiedy chciałoby sie, by było inaczej: stałe ceny i bezpieczne taksówki.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.