Kraj na skraju raju. Sri Lanka

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębciki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Przyjechaliśmy na Sri Lankę znużeni Indiami, pokryci kurzem i pyłem, w ciuchach przeżartych smrodem ulic Waranasi i Delhi, przesiąknięci zapachem tysięcy ciał, o które się otarliśmy. Wymęczeni nocami w tanich hotelach i sleeperach, gdy usypiały nas kołysanki śpiewane dzieciom przez ich babcie. Czasem budził nas odgłos siarczystego policzka wymierzanego krnąbrnym latoroślom; częściej jednak sen przerywany był przez zwykły ludzki harmider, stukot kół, gwizdek odjeżdżającego pociągu, przyśpiewki pijanych młodzieńców, niekończące się pożegnania.

Pragnęliśmy snu, szumu oceanu za oknem, łagodnego osunięcia się w bezwład, podlanego niewielką ilością alkoholu. Schludnego kraju, gdzie można odpocząć, gdzie dni przepływają leniwie w hamaku rozpiętym pomiędzy palmami. Małego kawałka raju, gdzie ludzie przechadzają się wśród zielonej roślinności, na drzewach dojrzewają mango i papaje, a węże, jakkolwiek istnieją, kryją się w głębokiej dżungli i nie zawracają nikomu głowy. Gdzie wielkie i słodkie ananasy same wpadają w ręce, a wyściełane upałem powietrze co kilka godzin zmywa rzęsisty deszcz.

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Kokosy, fot. Kuba Głębicki
Kokosy, fot. Kuba Głębicki
Kilka pierwszych dni minęło nam w oszołomieniu, bo owszem, jest tu czysto i schludnie, a nad głową rosną owoce o fantastycznych kształtach i zapachach, ale jednocześnie w lepkim od upału powietrzu wyspy jest coś nieokreślonego, jakieś dalekie tchnienie mroku. Podskórna ciemność, która w tych rzadkich chwilach, gdy udaje nam się zajrzeć głębiej, przesiąka na powierzchnię, zostawiając na niej kałuże z rdzawego błotka. Lankijski raj jest trochę zapyziały, przaśny, przypomina mi  polską wieś ulicówkę, z babami u płotów, kapliczkami przy drogach i żarłoczną roślinnością, jaka potrafi się u nas nagle i niespodziewanie objawić w środku deszczowego lata. Niesamowitości dodaje Sri Lance współistnienie religii tak dziwaczne, że trudne do pojęcia: buddyjskie stupy sąsiadują z chrześcijańskimi kościołami,  a te z kolei z hinduistycznymi świątyniami. I wszystko wymieszane jest jak curry w garnku, razem z czosnkiem, trawą cytrynową, kurkumą, pieprzem i liśćmi limonki, podlane odrobiną diabelskiego sosu chili. Do tego te nazwy, gotowe przyprawić o zawrót głowy! Smakuję je cały czas, oceniam językiem ich szorstkość i grudkowatość. Negombo. Mount Lavinia (Mount Lavinia!) Anuradhapura, Sigiriga, Nuwara Elia.

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki
Wszystko jest tutaj zachłanne i wydarza się z intensywnością godną tropików. Słońce wypraża skórę na kolor zrumienionych orzeszków ziemnych i jest bezlitosne dla naszych białych twarzy. Deszcz dorównuje chwilami mitycznym potopom, a tutejsze zachody słońca mogłyby być ilustracjami solaryjskich symetriad.

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki
Długo szukałam języka na opisanie Sri Lanki, bo to kraj, który wymyka się łatwym schematom rajskiej wyspy opływanej przez ciepłe morze.  Najbardziej pasuje mi Lem, bo ocean opływający wyspę przypomina ten solaryjski. Wydaje się być raczej rozumnym stworzeniem niż bezkształtną masą, a jego nastrój zmienia się w zależności od miejsca i pory dnia: raz jest łagodny i pieszczotliwie obmywa nam stopy. Innym razem jest gniewny i gęsty, jakby był młodym, niedoświadczonym jeszcze bogiem, który dopiero uczy się swojej potęgi. Tak wyobrażam sobie niszczycielskie tsunami z 2004 roku: fala napierająca na brzeg jak szturmujące wojsko, wielka jak katedra. Brudna, mętna woda, która pochłonie życie 30 tysięcy ludzi. Kolejna igraszka młodego boga, który jeszcze nie wie, do czego służą podwodne trzęsienia ziemi.

Rybak z okolic Negombo, fot. Kuba Głębicki
Rybak z okolic Negombo, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Własne życie ma też roślinność, która jest żarłoczna, rozbuchana i rozwydrzona jak mała księżniczka. Wychylisz głowę z okna pociągu i zaraz jakiś bananowiec pacnie cię w twarz. Dżungla zachowuje się tak, jakby zawsze brakowało jej miejsca, jakby chciała zdusić te wszystkie miasta, wedrzeć się do domów i kolonialnych fortów, a po zarośniętych ruinach biegałyby tylko szczęśliwe, rozbrykane słonie.

W pociągu do Galle (fot. Asia - iPhone)
W pociągu do Galle (fot. Asia – iPhone)

Żarłoczne są też zamieszkujące wyspę (liczne) owady, skrzydlate albo nie, które zostawiają na naszych bladych łydkach wielkie bąble i krwawe ślady. Sypiamy pod moskitierą, której kokon zrzucamy dopiero rano, jak wylinkę, bo inaczej pół nocy można spędzić na nierównej walce z jednym zagubionym komarem. Przykrywamy się cienkim jak wafelek prześcieradłem, a czasami i to zbyt wiele, bo noc nie przynosi tutaj wytchnienia od upału i jedyny sposób, by zasnąć, to wystawić spocone ciało na ożywczy powiew wiatraka. Łazienkę zamieszkują długonogie pająki, po ścianach harcują jaszczurki, a do okien pukają ptaki.

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Negombo, fot. Kuba Głębicki
Negombo, fot. Kuba Głębicki

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki
Sny mam tutaj dziwne: pragnę w nich rzeczy dojrzałych jak mango i twardych jak drewno, a mimo ciała opuchniętego od wilgoci moje myśli są zaskakująco drapieżne. Dotykam w nich nowych kształtów, drewnianych jabłek i obłych małych bananów, smakuję papai skropionej sokiem z limonki, która pod mdłym, słodkawym miąższem podszyta jest cudowną goryczą. Wieczorami słucham fal i zlizuję z ramion sól; czasem budzi mnie deszcz, a czasem spływający po plecach pot. Wszystko zwalam na wszechobecny solaryjski ocean; to on steruje tutaj ludzkimi nastrojami i odpowiada za humory. Jeszcze nie oddaliliśmy się od niego na więcej niż kilka kilometrów. Jesteśmy cały czas w jego mocy.

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Mirissa, fot. Kuba Głębicki
Mirissa, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki
Uczymy się tej wyspy, testujemy, co nam wolno, a czego nie. Na palmach dojrzewają kokosy, ich sok jest słodki i koi nadwyrężony żołądek. Przez gąszcz roślinności mkną, jak kolorowe żuki, tuk tuki z przyczepionym do sufitu Buddą albo Jezusem. Znów leje. Pijemy sok z ananasa. Godziny mijają zawieszone w hamaku. Morze wrze i kłębi się białymi bałwanami.

Skraj raju, dla nas wystarczy.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

Galle, fot. Kuba Głębicki
Galle, fot. Kuba Głębicki

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.