Niespodzianka

Laguna Quilotoa, fot. Kuba Głębicki
Laguna Quilotoa, fot. Kuba Głębicki
Quilotoa, fot. Kuba Głębicki
Quilotoa, fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

– Nie jedziemy tam. Zobacz. Są cztery stopnie i pada.

– Nie ma nawet za bardzo gdzie spać. Wszyscy piszą, że zmarzli. I w ogóle jakieś drogie te hostele. 40 dolarów? Daj spokój.

Tak wyglądała nasza rozmowa na temat wycieczki do andyjskiej wioski Quilotoa, położonej na 3900 m n.p.m. Internet mówił wprawdzie, że pięknie, ale co do pogody nie pozostawiał złudzeń: będzie zimno i prawdopodobnie będzie padać. A wszystkie hoteliki są z gatunku tych beznadziejnych i przepłaconych.

– Może pojedziemy na zorganizowaną wycieczkę i wrócimy na noc do tej Laca… Lata…

– Latacungi.

– Zobacz. To nie jest daleko, pojedziemy i wrócimy na noc do miasta. Wycieczki są, o, z każdego biura. Z hostelu pewnie też.

To była jakaś opcja, ale zależało nam na pojechaniu również na sobotni targ w Zumbahua, a powrót do Latacungi oznaczałby sporą stratę czasu na dojazd. Odległość sama w sobie nie była duża, ale po Ekwadorze jeździ się POWOLI.

fot. Asia
fot. Asia

Wycieczka kosztowała 40 dolarów od łebka.

– Sporo…

– A my przecież nie lubimy zorganizowanych wycieczek…

– To może pojedźmy tam tak po prostu. I zobaczymy.

Tak też zrobiliśmy. Pierwszym zaskoczeniem okazała się Latacunga, miasto będące punktem wypadowym do Quilotoa. Po przedarciu się przez typowe ekwadorskie przedmieścia, trafiliśmy do uroczego kolonialnego centrum z widokiem na wulkan Cotopaxi.

Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Wulkan Cotopaxi, fot. Kuba Głębicki
Wulkan Cotopaxi, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki
Latacunga, fot. Kuba Głębicki

Następnego dnia wsiedliśmy do taksówki ($1,5) i pojechaliśmy na dworzec, gdzie zapakowaliśmy się do autobusu do Quilotoa ($3 od łebka). Chmurzyło się, ale było dość ciepło. Dojechaliśmy po dwóch godzinach i tu nastąpiła niespodzianka numer 2.

Nie padało. Słońce świeciło jak jasna cholera. A jeśli przy temperaturze czterech stopni można chodzić na krótki rękaw, to jestem chińskim cesarzem. A chodziliśmy. Kolejny raz okazało się, że prognozy pogody w Ekwadorze można włożyć między bajki. Zwykle okazuje się, że jest dużo lepiej, niż się wydaje. I kłamie nie tylko wujek Google, pogodę dla Quilotoa sprawdzaliśmy na stronie Mountain Forecast.

Zaraz przy drodze, jak tylko wysiedliśmy z busa, zaczepił nas miły Indianin i zapytał, czy nie potrzebujemy noclegu. Powiedzieliśmy, że może i owszem, więc nam pokazał pokój z łazienką, piecykiem, wifi, ciepłą kolacją i śniadaniem za 15 dolarów od sztuki. Zgodziliśmy się od razu.

Nasz hotelik w Quilotoa
Nasz hotelik w Quilotoa

No, ale hotel hotelem, a do Quilotoa przyjeżdża się głównie, by zobaczyć wulkaniczne jezioro w kraterze dawnego wulkanu. Podobno nie ma dna, woda jest słona, a miejscowi gotują na niej zupę zapewniającą długowieczność.

Quilotoa, fot. Kuba Głębicki
Quilotoa, fot. Kuba Głębicki

Można zejść na dół (potem trzeba wejść, niby tylko godzina z hakiem, ale jesteśmy na wysokości 3,9 tys. metrów!), można też obejść cały krater (6h), można wreszcie wędrować po okolicy wiele dni. Można też popływać po lagunie kajakiem, na co się zdecydowaliśmy.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Deszczu nie było widać. Ani czterech stopni.

Sama wioska okazała się urocza, ludzie mili, a jedzenie pyszne. Tylko wieczorem zrobiło się zimno, jak to w górach. Dostaliśmy do pokoju tak zwaną farelkę, było ok.

fot. Kuba Głębicki
Jose Manolo, spotkany po drodze. Twierdził, że ma 85 lat, a trzyma się świetnie dzięki powietrzu i zupie na wodzie z jeziora. fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki
fot. Asia
fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Quilotoa polecamy więc robić własnym sumptem. Autobus z Latacungi odjeżdża około 9.30 (w LP jest napisane, że są tylko dwa kursy w ciągu dnia, ale wydaje nam się, że jest więcej), zresztą, nie ma większych problemów, żeby dotrzeć tam na stopa (płatnego). Ruch na trasie jest spory, a droga dobra. Nocowaliśmy (jak się okazało) w hostelu Runa Wasi, zapłaciliśmy mniej niż wynosi cena na przykład na Booking.com. Z noclegiem zresztą nie ma problemu, bo hotelików jest dobre dziesięć, a żaden nie wyglądał na pełen.

fot. Kuba Głębicki
fot. Kuba Głębicki

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.