Na dachu świata. Jak zjechałam na rowerze z wulkanu Chimborazo

dsc_1642
Chimborazo, fot. Asia

dsc_1680
fot. Kuba Głębicki

dsc_1759
fot. Kuba Głębicki

dsc_1800
fot. Kuba Głębicki
 

dsc_1771
fot. Kuba Głębicki
Chimborazo to więcej niż góra. To bóg. Zdobyć się pozwoli tylko tym, którzy przybędą z szacunkiem i pokorą. Tylko im okaże swą łaskę. Innych pogoni burzą, śnieżycą, wiatrem.

dsc_1634
Chimborazo, fot. Kuba Głębicki
Z Riobamby wyruszamy wcześnie rano. Jest nas piątka: czwórka śmiałków gotowa wspiąć się na wysokość 5000 metrów i Fausto, doświadczony przewodnik. Do tego pięć rowerów, cztery warstwy ciuchów na ciele, mnóstwo wody i prowiant, w tym kostki czystego cukru trzcinowego, który ma nam zapewnić energię na cały dzień.

Wulkan Chimborazo mierzy 6 263 metrów i jest najwyższą górą Ekwadoru. Wspinaczka na szczyt to wyzwanie tylko dla wytrzymałych i świetnie zaaklimatyzowanych podróżników. Nam wystarczy niższa, a i tak zapierająca dech w piersiach wysokość. Z Riobamby, leżącej na 2,8 tys. metrów wjedziemy na 4,8 tys. I spróbujemy podejść dwieście pięćdziesiąt metrów, by przekroczyć barierę 5 tysięcy. A potem zjedziemy na dół rowerami, 39 kilometrów. Jeśli się uda. Jeśli nie zabraknie tchu, jeśli nie pokona nas choroba wysokościowa, zimno, wiatr, wypadki, wściekłe psy i liczne inne niebezpieczeństwa, których wizję roztoczył przed nami Fausto, gdy dzień wcześniej podpisywaliśmy kontrakt w agencji Probici. Jeśli nie pokona nas chmurny bóg, któremu Inkowie składali ofiary i do którego wznosili modły. I którego nie ośmielilby się deptać. Chimborazo zdobyty został, jak zresztą większość szczytów andyjskich, dopiero w XIX wieku i to przez cudzoziemca – Edwarda Whympera, który wspiął się na świętą górę w 1880 roku.

dsc_1561
fot. Kuba Głębicki
Zaczyna się zwyczajnie. Jedziemy, gadamy, pogryzamy cukrowe kostki. Rozprawiamy o chorobie wysokościowej, jakbyśmy byli doświadczonymi alpinistami. Góra ukazuje się naszym oczom nagle i natychmiast chcemy stanąć, fotografować, oswajać się z nią. Jest piękna, przyprószona śniegiem, który nigdy nie topnieje. Wyłania się z zielonych pól i dumnie oznajmia swoją obecność. Jestem tu, mówi Chimborazo. Byłem, zanim przyszliście i będę długo po was.

dsc_1607
fot. Kuba Głębicki

img_5468
fot. Asia
Jakby na potwierdzenie tych słów wjeżdżamy w kanion, który uzmysławia nam, kim jesteśmy w obliczu gór.

– O rany, to przecież żywy podręcznik geologii – zachwyca się Stephen, sympatyczny Amerykanin w ray-banach.  – Tylko popatrzcie.

Patrzymy więc na kolorowe warstwy skał i też się zachwycamy. Setki tysięcy, a może miliony lat jak na dłoni.

– Niesamowite – szepcze poruszony Stephen.

dsc_1770
Vicunie, fot. Kuba Głębicki
Jedziemy dalej, ale tylko kilka kilometrów.  – Fausto, zatrzymaj się! Vicunie! – krzyczę, a gdy po chwili stajemy, nie mogę oderwać od nich oczu, są tak wdzięczne, tak pełne gracji. Vicuña to dzika krewna lamy, żyjąca m.in. w Ekwadorze i Peru. Na stokach Chimborazo jest ich ponad 700. Żyją w rezerwacie, są monitorowane, ale cieszą się pełną wolnością. No, prawie pełną, bo raz do roku łapie się je i strzyże. Wełna z vicunii to najdroższa wełna na świecie.

dsc_1648
A wy tu czego? fot. Asia

dsc_1806
fot. Kuba Głębicki

dsc_1774
fot. Kuba Głębicki
Po obfotografowaniu vicunii wspinamy się coraz wyżej. Na wysokości 4,3 tys. robimy przystanek na siku i rejestrujemy się w księdze gości rezerwatu Chimborazo. Potem wjeżdżamy jeszcze 500 metrów w górę, na 4,8 tysiąca. Stąd rozpocziemy nasz trekking.

dsc_1664
fot. Kuba Głębicki
Może 250 metrów w górę nie wydaje się abitnym celem, ale jesteśmy tak wysoko, że każdy krok to jak bieg na setkę. No, może przesadzam, ale serce i płuca muszą pracować tutaj podwójnie. Jesteśmy wyżej niż liczy Mont Blanc, ciśnienie na tej wysokości jest prawie o połowę mniejsze niż na poziomie morza. 45 procent mniej cząsteczek tlenu we wdychanym powietrzu. Nic nas jednak nie boli, nikt nie wymiotuje, nie ma mdłości. Bierzemy krótkofalowki, żegnamy Fausto, który zaczeka na nas “na dole” i całą czwórką ruszamy w górę.

dsc_1665
Wyruszamy, fot. Kuba Głębicki
Jak na 4,8 tys. to jest cieplutko, nie wieje, nawet kurtki nie potrzeba. Warunki wprost wymarzone. W drodze mijamy grupę wspinaczy schodzących do schroniska, wyglądają na zadowolonych. – Udało się? – pyamy nieśmiało. – Udało! – odpowiadają, nie kryjąc dumy. – Stanęliśmy dziś rano na szczycie.

dsc_1671
Pomnik upamiętniający wspinaczy, którzy zginęli na Chimborazo. Obok jest też cmentarzyk. Ot tak, ku przestrodze. Fot. Kuba Głębicki
Zazdrościmy im okropnie, ale z drugiej strony, żeby wspiąć się na Chimborazo, naprawdę trzeba mieć świetną kondycję i być doskonale zaaklimatyzowanym. – Wychodzi się o dziesiątej, jedenastej wieczorem – tłumaczy nam potem Fausto. – Na szczycie staje się koło piątej, szóstej. O dziewiątej – patrzy na zegarek – można już zejść do schroniska.

dsc_1679
Cel osiągnięty: 5041 metrów npm!
My jesteśmy szczęśliwi, gdy docieramy na 5 tysięcy. Udało się! Jest pięknie, chociaż Chimborazo zaczyna się chmurzyć.

dsc_1699
Czwórka zdobywców

dsc_1690
Szczyt wydaje się już tak blisko… fot. Kuba Głębicki

dsc_1710
Tu można by spokojnie nakręcić “Marsjanina”, fot. Kuba Głębicki

dsc_1686
Na takich wysokościach żyją kolibry, fot. Kuba Głębicki
Kilka fotek, krótka obserwacja śmigających z zawrotną prędkością kolibrów i trzeba schodzić. – Fausto, wszystko w porządku – melduję przez radio. – Czujemy się dobrze i schodzimy. – Ok – odpowiada Fausto. – Zaczynam szykować rowery.

dsc_1725
Pocztówka z Marsa, fot. Kuba Głębicki
Właśnie. Rowery! W końcu nasz mały trekking to tylko przedsmak głównej atrakcji. Z 4,8 tysiąca mamy zjechać do poiomu Riobamby. Bałam się, że po podejściu na 5 tys. będę zmęczona, ale czuję się dobrze.

dsc_1740
Prawie gotowa, fot. Kuba Głębicki
Fausto udziela nam ostatnich wskazówek. Słuchamy uważnie, ale trochę niecierpliwie. Będziemy zjeżdżać we trójkę, ja, Stephen i Brytyjczyk Tommy, Kuba obiecuje robić nam zdjęcia, Fausto będzie nas wspierał z dżipem. Gdyby ktoś źle się poczuł, może wrzucić rower na dach i przejechać samochodem. Choroba wysokościowa podobno potrafi dopaść przy zejściu.

Pierwsze osiem kilometrów to szutrówka, spotkamy się ponownie przy punkcie, w którym rejestrowaliśmy naszą wycieczkę. Trzy, dwa, jeden – gotowi i start!

dsc_1744
Ostatnie wskazówki, fot. Kuba Głębicki

dsc_1755
Początek trasy, fot. Kuba Głębicki
Pędzimy w dół. Stephen wysforowuje się na prowadzenie, ja jadę w środku, ekipę zamyka Tommy. Przyzwyczajam się do roweru, do hamowania (jest ostro w dół). Dmie wiatr, chwilami mam wrażenie, że spycha mnie w bok. Nic nie słychać, w uszach świszcze. Ostrożnie biorę zakręty, nie mam ochoty wywalić się na tym żużlu.

dsc_1777
Widoki, fot. Kuba Głębicki
Zjeżdżamy do punktu rejestracji. Robimy przerwę na herbatę i mate de coca, napar z liści koki, wskazany na dużych wysokościach. Dopiero teraz przychodzi euforia: weszliśmy na 5 tysięcy! I zaczęliśmy zjeżdżać z wulkanu!

dsc_1822
fot. Kuba Głębicki

dsc_1827
fot. Kuba Głębicki
Potem jest już łatwiej. Jedziemy naprzemiennie po asfalcie i bocznych drogach. Fausto jako “wsparcie techniczne” zatrzymuje się co kilka kilometrów i mówi nam, którędy jechać i gdzie spotkamy się po kolejnym odcinku. Idzie gładko, zna trasę doskonale, nie sposób się zgubić.

dsc_1893
Oglądanie wąwozu, fot. Kuba Głębicki
Po drodze kolejne atrakcje, stada vicunii albo na przykład wąwóz, do którego krawędzi Fausto nie pozwala nam podejść. Ale możemy położyć się na brzegu i spojrzeć w przepaść…

dsc_1902-pano
fot. Kuba Głębicki

img_5469
Stadko vicunii zagrodziło nam drogę…
Trasa wiedzie w większości z górki, ale jest kilka podjazdów. Najdłuższy, 15-minutowy, prowadzi przez iglasty las. Jedziemy przed samochodem. Ja, gdy docieram na górę (wciąż jesteśmy na około 3,8 tys.!), wyglądam tak:

dsc_1922
Koniec Kocika, fot. Kuba Głębicki
Postanawiam być jednak bardzo dzielna, wsiadam na rower i nie daję się przegonić chłopakom. Zaczyna kropić, trochę mokniemy. Widać czymś podpadliśmy.

dsc_1972
Chmury nad paramo, fot. Kuba Głębicki
– Możemy przeczekać deszcz w aucie – mówi Fausto. Jak to dobrze mieć wsparcie techniczne! – Ta chmura przejdzie, możemy się zdrzemnąć czy coś…

Wybuchamy śmiechem. – Ale przygoda – cieszy się Stephen. – Drzemka w aucie!

dsc_1942
Drzemka w aucie, fot. Kuba Głębicki
Drzemka jednak nie do końca wychodzi, chmury szybko przechodzą i możemy ruszać dalej.

dsc_1970
Dzielna trójka, fot. Kuba Głębicki
Po kolejnych kilku kilometrach docieramy na polanę, do ruin dawnych fortyfikacji Inków. Biegł tędy szlak handlowy, do dzisiaj zachowało się ledwie kilka kamieni.

dsc_1952
Szlak Inków, fot. Kuba Głębicki

dsc_1950
Kocik ninja, fot. Kuba Głębicki

dsc_1975
Droga przez paramo, fot. Kuba Głębicki

dsc_1984
fot. Kuba Głębicki
Zjeżdżamy coraz niżej, przekraczamy granicę między paramo, czyli andyjskimi łąkami, a strefą rolniczą. Mijamy kolejne wsie, a w nich kolejne atrakcje. Jest koło czwartej po południu, pora sprowadzania zwierząt z pastwisk. Nie mogę się oprzeć, wciąż się zatrzymuję, żeby popatrzeć. Najsłodsze są małe alpaki!

dsc_2019
Alpaki, fot. Kuba Głębicki

dsc_2027
Więcej alpak

dsc_2022
Jeszcze więcej alpak (fot. Kuba Głębicki)

img_5412
Baby alpaca! (fot. Asia)

dsc_2046
U Indianek na wiosce, fot. Kuba Głębicki
Jesteśmy już całkiem nisko, to ostatnie kilometry. – Uważajcie na krowie gówno! – krzyczy Fausto. Krowich placków nie ma, ale jest całkiem sporo błota. A do tego trzeba uważać na alpaki!

dsc_2094
Końcóweczka, fot. Kuba Głębicki

dsc_2096
Finisz!
Kończymy nieopodal Riobamby. Zmęczeni, ale zadowoleni. Adrenalina opada, w samochodzie nikt nic nie mówi, zaczynamy podsypiać. Dopiero za kilka godzin dotrze do nas, gdzie byliśmy i czego dokonaliśmy.

Rowerowy zjazd z Chimborazo był czymś wspaniałym. Agencja ProBici – absolutni profesjonaliści, świetni przewodnicy. Organizacja – 10/10. Polecamy z czystym sumieniem. Całodniowa (7.30-18) wycieczka kosztuje 55 dolarów za osobę.

img_4821

dsc_1928
fot. Kuba Głębicki

dsc_1572
fot. Kuba Głębicki 
Riobamba-Chimborazo, październik 2016.

 

 

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.