Ja i Beskid Niski

Dzień pierwszy. Krynica Zdrój – Hańczowa, 27,5 km

Idziemy razem z Kubą z Krynicy Zdroju. Opici wodą zdrojową Jan, Józef i Słotwinka wyruszamy czerwonym szlakiem na wschód. Idziemy sobie, wszystko pięknie, ładnie, błoto, łąki, krowy, pagórki, aleje wysadzane tujami, normalnie Toskania. Ba, ładniej niż w Toskanii. Miało lać, ale nie leje, deszcz łapie nas gdzieś za Mochnaczką, ale tylko przelotnie. Doliny, wsie, w każdej wsi cerkiew. Schodzimy po południu do Hańczowej na przystanek PKS. PKS-u jednak nie ma, rozkład jakiś dziwny. Nic nie jeździ, wszędzie daleko. Łapiemy stopa. Dziesięć aut mija mój wyciągnięty kciuk, jedenaste się zatrzymuje. Za kierownicą pan Kazimierz. Dokąd jedzie? A do Krynicy. Mamy więc podwózkę pod sam dom. Pan Kazimierz, emeryt, jeździ z kolarzami po całej Europie. Wozi im sprzęt i zwiedza. Na Korsyce mu się najbardziej podobało. Nie był jeszcze w Hiszpanii i w Portugalii.

– To ja zapraszam – mówię.

Dzień drugi. Hańczowa-Bartne, 26,5 km

Kuba zawozi mnie rano w to samo miejsce, w którym zeszliśmy ze szlaku, do Hańczowej. Dalej pójdę już sama, Kuba wraca do Warszawy. Włażę w opłotki wsi, obszczekuje mnie pies, kundel przebrzydły, za nogawki łapie. Skupiam się na psie i skręcam źle, powinnam mieć rzeczkę z prawej, a mam z lewej. Myślę sobie: przejdę przez łąkę, przez ten strumyk i już. Włażę w chaszcze, gubię telefon.

Nie żartuję. Minęło piętnaście minut odkąd jestem sama na szlaku i gubię telefon na łące. Nie ma. Szukam i szukam, nie ma. No kurde blade i co teraz? Wracać? Iść dalej? Przepadł, to przepadł, ale jak ja w ogóle Kubie na przykład powiem, że nie ma ze mną kontaktu? Nie pamiętam numeru… Na szczęście olśnienie przychodzi: ktoś w tej wsi przecież mieszka. Idę więc do najbliższej chałupy, tam, gdzie mnie kundel obszczekał. Na podwórku pan Wiesław, tłumaczę co i jak. Pan Wiesław frasuje się, ale tylko trochę, wsiada ze mną do wysłużonej toyoty brata, jedziemy na łąkę szukać telefonu. Łażę, dzwonię, nic, no przepadł jak kamień w wodę! Trochę jednak głupio iść bez telefonu samej… W końcu dzwoni coś w chaszczach, jest! Dziękuję panu Wiesławowi, pies obszczekuje mnie na do widzenia.

Zapieprzam jak szalona, przede mną podejście pod Kozie Żebro i potem pod Rotundę, straciłam na szukanie telefonu dwie godziny, a nie chcę iść po ciemaku. Idę. Europejski szlak, psia mać, wygląda jak gówniana ścieżka do pędzenia wołów. Pokrzywy, jeżyny, i krowie placki pod nogami. Ale co tam. Idę.

– A dokąd pani tak idzie sama?
– Na Bartne.
– A nie boi się pani tak sama?
– Nie.

Przed Wołowcem zabawa: szlak meandruje: raz z prawej, raz z lewej strony rzeczki. Woda głęboka, co chwilę muszę zdejmować buty, skarpetki i przełazić, no szlag by. Nie mogli prosto tego szlaku poprowadzić?

W Wołowcu robię zdjęcie tablicy ogłoszeń, tej samej co trzy i co pięć lat temu. Z tablicy wynika, że sporo się pozmieniało. Z Wołowca do bacówki w Bartnem niedaleko, idę przez łąkę, siadam na chwilę w słonku, siedzę sekund trzydzieści. Mrówki! Usiadłam prosto na mrowisku. Do Bartnego dochodzę prędziutko, 19.30 jestem w bacówce, żurek, herbata, zasięgu brak.

Siadam w kuchni u Andrzeja. Dobrze się siedzi.

Dzień trzeci. Bartne – Chyrowa, 33,1 km

O Jezu, ależ mi się wstawać nie chce. Niewyspana jestem, z Andrzejem siedzieliśmy wczoraj do późna i tak się jakoś zeszło. Andrzej jest na Bartnem od 17 lat. Wyprawia mnie na drogę: chcesz pomidora? Chcę. I wodę, i chleb. Andrzej rysuje mi patykiem w błocie mapę i mówi, jak ominąć bagno.

Dobrze nam się wczoraj gadało.

Idę. Bagno omijam, ale potem i tak błoto, błoto i błoto, aż się płakać chce. Idę prawie cały czas lasem, żadnych widoków, słucham sobie audiobooka, kolejne błoto, no nie. Zaczynają boleć mnie obojczyki, robią się odparzenia na kostkach. Robi się ciężko.

Pod górę, z górki, jakiś park narodowy tu jest, Magurski chyba, ale pal licho park, jest las i jest błoto. Kryzys na całego, wlokę się do wsi Kąty asfaltem i myślę o tym, co sobie kupię w sklepie. Lody, wafelki. Nogi parzą, ramiona też. Ostatnie dwa kilometry dłużą się niemiłosiernie. Pod sklep docieram obolała i zmęczona, nogi wyglądają źle, plastry mam za małe, robię sobie opatrunek z podpasek. Wlewam wodę do bukłaka, zawór puszcza, wszystko przecieka. Wszystko mokre. Zawijam ciuchy w pelerynę i ładuję do plecaka. Wypijam jogurt i jem suchą bułkę, nawet nie mam ochoty na te cholerne wafelki.

Myślę, czy iść dalej, czy jednak zanocować w Kątach. Jest piąta, według mapy do Chyrowej trzy godziny, według strzałek cztery. Daleko. No ale idę, przez łąki.

– Łojezu, a co tak pani sama idzie?!
– A co?
– No z jaką drużyną by iść!
– Ale ja lubię sama.
– Deszcz panią zleje.
– Może nie.

Patrzę z niepokojem w ciemniejące niebo, zapieprzam pod górkę jakbym miała motor w tyłku. To bardzo ładny fragment szlaku, grzbietem się idzie, łąki, widoki na cały Beskid Niski, ptaszki, dzięcioły, no ślicznie. Nie leje, kropi tylko, muchy latają jak wściekłe, za chwilę oczywiście las i błoto, no dosyć już mam tego błota! Idę. Dwie i pół godziny miało być do Polany, gdzie ta Polana? Jest. No to już z górki, telefon pada, GPS pada, wyjmuję powerbank i ładuję. Idę.

Kiedy schodzę do Chyrowej, zmierzcha. Znów ostatnie dwa kilometry po asfalcie idę z czterdzieści minut. Wszystko mnie boli. Jeszcze półtora. Kilometr dwieście. Nie wierzę, że dojdę. Dochodzę.

Pod Chyrową czeka pomidorowa, łóżko i prysznic z gorącą wodą. W pokoju orientuję się, że zgubiłam kabel do ładowania telefonu. Telefon padł, jest martwy jak przejechana salamandra, którą widziałam po drodze.

Pytam paru osób w schronisku, nikt nie ma kabla.

Trudno, myślę. Nie mam siły na nic więcej, jutro wymyślę, co dalej, może będzie lało od rana, może zejdę do Dukli i dam sobie spokój z tym zasranym szlakiem, z błotem, z pokrzywami. A telefon, no cóż, telefon, widać miałam nie mieć kontaktu ze światem.

Zasypiam w ciuchach, śni mi się centrum ładowania komórek w Beskidzie Niskim.

Dzień czwarty, Chyrowa-Iwonicz Zdrój, nie wiem ile kilometrów, coś koło 23 km

Opatrzność (albo moja kubańska bogini) nade mną czuwa. Rano przy śniadaniu poznaję Marka i Kamilę. Idą w tę samą stronę, mają komórki, ładowarki i GPS-a. Mieszkają w Warszawie, dwie ulice ode mnie. Sami widzicie. Przypadków nie ma.

Piszę do Kuby maila z Kindle’a. Nie mam telefonu, ale mam dwójkę kompanów. Świeci słonko, leziemy pod górkę przez krzaki. Nogi wydobrzały, plecak nie ciąży. Na rozstajach decydujemy, że żadne tam Dukle, lecimy dalej na Iwonicz-Zdrój. Gadamy, droga mija szybko, nawet błoto nie tak uciążliwe. Już pustelnia Jana z Dukli, już podejście na Cergową. Kawał góry. Jak ktoś mi powie, że Beskid Niski to żadne góry, to zapraszam na Cergową właśnie.

Z Cergowej wychodzimy na łąki i do wsi, do Iwonicza asfalt. W Lubatowej stajemy przy sklepie.

– I nie boi się pani tak sama?
– Dzisiaj nie idę sama. A czego mam się bać?
– No u nas to w lasach są wilki! Albo zboczeńcy.

Docieramy do Iwonicza, ładnie tu, uzdrowiskowo, pijalnia wód, dansingi, kuracjusze. Siadamy, zamawiamy piwo, pierogi. Dla mnie to koniec trasy. Wieczorem wsiadam do autobusu i po sześciu godzinach jestem w Warszawie. Trochę jak podróż w czasie.

Przez cztery dni przeszłam ponad sto kilometrów.

Dostałam przez ten czas tyle dobra, że mogę obdzielać. I niech brzmi to, jak brzmi, ale jest to uczucie niesamowite. I eeee, właśnie jest tak.

Głęboko wierzę, że tak właśnie miało być.

– Ja tam bym z panią poszedł…
– …
– Ale jakbym był młodszy!

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.