Beskid Wyspowy

Kocik na szlaku, odcinek 236

Chciałam w góry.

No bardzo chciałam, tylko nie wiedziałam gdzie, bo wszędzie z tej Warszawy daleko, ale Krzysztof Majak wrzucił zdjęcia ze schroniska Kudłacze, o którym nigdy nie słyszałam. Więc sprawdzam, gdzie te Kudłacze i co to jest, i okazuje się, że blisko, że rzut beretem z Krakowa, więc kupuję bilet i jadę, Kraków, Myślenice i już. Znowu jestem tylko ja, plecak i szlak, i śnieg wirujący w powietrzu.

I jestem pierwszy raz sama zimą w górach, i idę do schroniska na Kudłaczach, gdzie piję wódkę z pszczół i dużo o tych pszczołach słucham, słucham też o spadochroniarzach, jem ogórki kiszone. Pszczoły, ogórki, chleb i sen, a potem idę dalej, na Luboń.

I jest ciężko, ślisko trochę też jest, i przewracam się kilka razy, w tym raz na dupę (ale wstaję), i idę dalej, i jest mi na przemian gorąco i zimno. Idę przez Szczebel na Luboń i nikt nie pyta jak latem „a co pani tak sama idzie nie boi się pani wilki tu są i zboczeńcy”. Nikt nie pyta, bo nikogo nie spotykam, idę tylko po śladach zwierząt.

Śnieg sypie.

Szczebel to kawał górki, och, ale kawał. Spotykam jednego człowieka i jednego psa. Mijam jaskinię, która nazywa się Zimna Dziura i myślę sobie, że jakbym tam wpadła, to nikt by mnie już nigdy nie znalazł, bo ta nazwa pasuje do jaskini, i oglądam się za człowiekiem z psem. A potem już się nie oglądam, nie myślę, tylko idę. Po południu ostatnia góra wyrasta przede mną, wysoko na gorze chatka. Idę trochę na czworakach, bo jest stromo i ślisko, ale idę, bo boję się samotnej ciemności w lesie.

I wchodzę do schroniska, gdzie już gitara, impreza i skoki narciarskie w TV. Skacze Stoch i wszyscy kibicujemy, i nagle wchodzi do schroniska Lesław, bo tak to już jest, że niektórych ciągnie w góry, i jemy razem pierogi ruskie i z jagodami, a z telewizora prawie macha do mnie ekipa Sportowych Faktów. Tu, w chatce na szczycie góry, gdzie nie ma wody, ale na szczęście jest prąd.

Impreza się rozkręca, dziewczyna z gitarą zamiata włosami podłogę, przewodni motyw muzyczny to „Polska, mieszkam w Polsce” a potem „Dużo, dużo wódki”, uciekam więc na piętro, a tam już czekają dobre dusze i dobrzy ludzie, którzy są w tych wycieczkach najlepsi i których inaczej pewnie by się nie poznało – Tomasz, Joanna, Krzyś, Szymon i Anna. I jest najlepiej, mimo że do wychodka trzeba drałować przez zaspę, a oczekiwany wschód słońca nie jest wschodem, bo jest taka mgła, że gówno widać. Ale to nie ma znaczenia, bo dalej pada śnieg i jest pięknie, a Tomek i Krzysiek po drodze w dół śpiewają piosenki z „Tajemniczego Ogrodu”.

Wracam już. Mam w nogach jakieś 45 km, jadę pendolino i zastanawiam się, co sobie myślą współpasażerowie, bo nie myłam się co najmniej od tylu godzin, ile przeszłam kilometrów.

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.