Tatry Zachodnie i Grześ

To ja dzisiaj krótko. Jak zwykle już z dworca, jak zwykle zaraz padnie mi bateria, a kiedy już się podłączę, jak zwykle pendolino wjedzie w strefę ciszy. Ale może zdążę.

(bateria 10 procent)

Piątek. Ekipa poznana miesiąc temu na Luboniu zgarnia mnie z krakowskiego Kiss and Ride. Zakopianka to koszmar, Zakopane zresztą też, jedziemy bokiem przez Witów i Chochołów prosto do Kir (miało być Morskie Oko, ale p tym później). Ściemnia się. Na parkingu czeka Kuba w kolorowej czapce, nie ma więc co mitrężyć, zapinamy wrotki (tfu, stuptuty) i lecimy. Na Ornaku miejsc nie ma, tak nam powiedzieli przez telefon, ale powiedzieli też, że nikogo nie odprawią z kwitkiem, więc idziemy przez noc i jest tak pięknie, jak tylko pięknie może być w górach nocą, a dla mnie to pierwszy raz. Wysoko na skale miga światełko czołówki, kto tam może być o tej porze? Kod Morse’a, czy ten ktoś nadaje SOS? Długi, krótki, długi, jak to szło? Mrugamy, Ktoś Wysoko na Skale nie odmruguje. Po chwili idziemy dalej, w ciszy i ciemności.
Nie, w ciemności nie, noc jest jasna, śnieg odbija światło, niepotrzebne nam nawet latarki.

Schronisko. Miejsc nie ma, ale może będą, a jeśli nie, to gleba. Przy stolikach ludzie siedzą nad termosami, rodzina z dwójką dzieci świętuje 40. urodziny taty. Miejsc nie ma, ale jest gitara i kiedy Kuba zaczyna grać, a Krzyś z Tomkiem śpiewać, to cała sala śpiewa z nami. Przy „Wehikule czasu”, schronisko prawie eksploduje.

O 21.30 pani chatkowa w różowych dresach krzyczy ze zamyka bufet, a dla nas znajdują się łóżka. Ktoś nie dotarł, by spać mógł ktoś. Osiem osób nie dotarło, mamy więc luksusy, łóżka z pościelą, ciszę i spokój. Śni mi się, że następnego dnia nigdzie nie wychodzimy, bo Krzysiek i Kuba śpią do 17.

Ale nie śpią. Nie śpimy. Wstajemy #skoroswit, na zegarku 6.13. Szybki marsz nad Smreczyński Staw, żeby zobaczyć jak słońce nad smrekami barwi góry na różowo. I jesteśmy sami. Samiuteńcy, tylko smreki szumią.

Wiecie już, czemu nie poszliśmy nad Morskie Oko.

(dobra, idę na peron, bateria 7 procent)

Potem jajecznica, te sprawy, idziemy do Chochołowskiej przez Iwaniacką Przełęcz. Słońce świeci jak oszalałe, ale nie dajcie się zwieść. Obowiązuje lawinowa trójka, więc kiedy mijamy znak „TEREN ZAGROŻONY LAWINAMI, DALSZE PORUSZANIE SIĘ SZLAKIEM MOŻE ZAGRAŻAĆ ŻYCIU” to bierzemy to na serio. Choć trudno myśleć o lawinach kiedy lampa i śnieg, i szlak taki przyjemny. Ale myślimy.

Chochołowska pełna ludzi. Zrzucamy plecaki w schronisku, jemy barszcz i dalej, na Grzesia. Grześ z rymowanki szedł przez wieś, ten stoi dumnie i ciągną na niego tłumy. Co cieszy, tłumy w większości dobrze wyekwipowane, raki, raczki, czekany, kije, tylko jedna para zasuwa w adidasach i dresach. Grześ widokowy, pogoda dobra, idziemy dalej, na Rakoń. I tu dopada mnie mój dobry znajomy, kryzys. Nie dojdę, ale śnieg, zapadnę się tutaj, wołajcie taksówkę. Nie ma opcji, nie dojdę, gdzie ta góra.

Jest.

(kurde, co z tym pociągiem, wszyscy stoją na peronie, z pociągiem włącznie, ale drzwi zamknięte. Bateria: 4 procent)

Rakoń, godzina 16.00. O Jezu, doszłam. Jem batona, trochę mi lepiej. Plan był, by zejść zielonym szlakiem, ale oglądam ten szlak z daleka i mówię chłopakom: chłopaki, nie zejdę. Aż mi się chce płakać jak to mówię i mam łzy w głosie i w nosie, ale mówię. Myślę o tym, że latem to owszem, bym zeszła, czemu nie, ale teraz jest zima, lawinowa trójka i stromy stok, i nawet jeśli nic nas nie przysypie, to ja spanikuję w połowie tego żlebu. Więc mówię im: nie zejdę. A oni mówią: jasne, Asieńka, nie ma sprawy. Wracamy tą samą drogą.

Nie ma dyskusji, nie ma przekonywania, że a może jednak, że ktoś już tamtędy schodził i zszedł, bo TOPR nikogo dziś nie ratował. Że nie ma się czego bać. Mówią, że jasne i zawracamy wszyscy, i schodzimy tą samą drogą. Tak mówią. Schodzimy. Trochę to dalej, trochę pod górkę, bo znów trzeba podejść. Ale idziemy. Kryzys minął, nie wiem czy pomógł baton, czy ulga, że jednak nie tamtędy.

17.00, Grześ. Ze szczytu jak aniołowie w kolorowych ciuszkach zjeżdżają narciarze, który tu weszli (1653!) na tych nartach. Z Grzesia ekspresowe tempo w dół, w rakach to można i po górach biegać.

(czekajcie, bo się moszczę w pociągu, momencik)

W schronisku dobre wieści: jest gleba. Płacimy dwie dychy od łebka, a ja jeszcze piątkę za karimatę i mamy wypasiony apartament na podłodze świetlicy z ogrodzeniem z krzeseł. Duże to schronisko, większe niż Ornak, tam było kameralnie, tu jest tłoczno i gwarno, ale są gorące prysznice i można zmyć z siebie pot tych prawie 25 dzisiejszych kilometrów. A potem znów gitara i znów wszyscy tak jakoś lgną do nas, bo Kuba gra tak, jakby urodził się z tą gitarą w objęciach, a Krzysiek i Tomek śpiewają. Znów wrzątek, herbata w niebieskim kubku, rozmowy, nowi znajomi, którzy opowiadają, że zeszli dzisiaj tym zielonym szlakiem, a konkretnie to zjechali na dupie.

Gadamy. Herbata stygnie, zmrok dawno zapadł, gramy w tabu. Mur Hadriana, pogo, terakota. Prawie 25 kilometrów po śniegu robi swoje. Odpływamy. Na świetlicy w sąsiednich apartamentach co najmniej trzy osoby chrapią jak messerschmitty (żeby jeszcze synchronicznie, ale oni na zmianę!). Myślę, że ze snu nici, ale gdy zatykam uszy i kładę głowę na reklamówce ze skarpetkami, usypiam w pięć sekund.

Rano mały leń niedzielny, herbata, śniadanie, kawusia. Pada śnieg, wczorajsza lampa zgasła. Idziemy z powrotem, Ścieżką nad Reglami (kto wie, co to są regle?). Szlak ledwie co przetarty, nikogusieńko, jest lepiej niż w bajce. Znowu śpiewamy, znowu herbata w niebieskim kubku, którego jestem królową. Tak do mnie mówią: Królowa Niebieskiego Kubka, i kiedy gubię go na polanie, to rzucają się ratować ten święty graal.

Las bajka, robię orła w śniegu i już mi się chce płakać na myśl o Warszawie. Za chwilę Kościeliska, parking w Kirach, obiad. Tu się rozdzielamy, ja z Krzysiem i Tomkiem do Krakowa, Kuba w swoją stronę. Nie wiem nawet, co powiedzieć, bo wszystko zostało już powiedziane, a jeśli nawet nie, to i tak wiemy, że te dwie doby to były jedne z fajniejszych chwil, jakie człowiek ma do przeżycia w życiu.

(Oho, brak zasięgu)

No więc jedziemy sobie naszym (tzn. Krzycha) touranem, który następnym razem obrandujemy jakimiś ekstra naklejkami Blue Mug Expedition, odzyskuję zasięg w komórce i widzę, że do mnie piszecie. Że po słowackiej stronie Tatr zeszła lawina i że przysypało dwie osoby. Jedna nie żyje. Druga jest w ciężkim stanie.

Ta druga to 30-letnia Polka.

Odpisuję. Że jestem cała i zdrowa. I myślę sobie, że dobrze, że nie próbowaliśmy wczoraj zjeżdżać tym żlebem na dupach.

Dziękuję Wam, Ekipo.

PS. Było tak pięknie, że po Tatrach będę chodzić już chyba tylko zimą ❤️

PS2. Nie chcę się powtarzać, ale mój sąsiad z pendolino właśnie się przesiadł na inne miejsce.
Kiry-Schronisko na Hali Ornak-Dolina Chochołowska-Grześ-Rakoń-Chochołowska-Kościeliska, Luty 2018.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.