Tatry z Delingiem

A czym jedziecie w te góry?
– Moim mikserem.
– Mikserem?
– No, trzepaczką elektryczną.
– To to jest elektryczne auto?
– Nie. Ale wydaje podobny dźwięk.

No to jedziemy. Mikser zatankowany, wylot na Radom Kielce Kraków zakorkowany. Uderzamy na S8, trzepaczka jedzie. Pierwszy bar przydrożny i już jest tak, jak powinno być w trasie: zmęczeni kierowcy, kawa z fusami, w menu dania półmięsne, za barem Zosia w czepeczku. Nie wiem, jak wygląda półmięso, ale wzdycham trochę za vegan ramen shop i szparagami, bo dla mnie od roku wyjazdy w góry oznaczają jedzenie głównie pieczywa chrupkiego vasa, pierogów ruskich i placków ziemniaczanych. Nie żebym nie lubiła, ale o zdjęcie skwarek dopominać się muszę. Deling mi mówi: nie marudź, pij lepiej Tymbarka i sprawdź co tam pod kapslem. Kapsel mówi, że wszystko jest możliwe. Jedziemy więc dalej, mikser pod górkę wyje jak stary maluch, ale dojeżdżamy w końcu na naszą metę w Głodówce. Schronisko całe dla nas, cóż to za fenomenalne miejsce, pusto, tylko góry drapią niebo prawie na wyciągnięcie ręki.

Z radości pijemy piwo Tatra, bo tylko takie jest dostępne i gramy w scrabble. „Zblakły grób idzie na żer”, czytam, „Smętny seler gipsuje tył karocy”. W nocy nie możemy obie spać, ja od piwa Tatra, Deling z przejęcia.

Rano Palenica, od Wodogrzmotów lecimy Doliną Roztoki do Piątki. Łatwizna, powiecie, no to powiedzcie to komuś, kto złamał kręgosłup i jeszcze rok temu nosił ortopedyczny gorset. Za nami (albo przed nami, zależy) ciągnie się gromada Cherethi i Felethi, rozumiecie: adidasy, gołe klaty, mirinda pod pachą. Nad Wielkim Stawem (akurat byli przed nami) wpadają na świetny pomysł łowienia ryb gołymi rękami, a kiedy subtelnie (Delingu, potwierdź, że subtelnie) zwracam im uwagę, że to jednak park narodowy, krzyczą za mną „Parówa”.

Nie wiem, co to znaczy i czy bardzo obraźliwe, ale jakoś przestają męczyć te biedne ryby i pokornieją. W schronisku wjeżdża zupa, a potem znów w wesołej komitywie nagich nastoletnich torsów idziemy przez Świstówkę do Morskiego Oka. Tam już piekło: roznegliżowane turystki z piwem w uchwytach dziecięcego wózka i spieczone na raka brzuchy. Pod wielkim znakiem „zakaz palenia” grupa osób ćmi fajki. Słońce grzeje. Pijemy colę.

Wieczorem mała wycieczka do Zakopanego w celu odwiedzin Wojtka. Nie wiem, czy pamiętacie Wojtka z mojej poprzedniej opowieści? Spotkałam go dwa lata temu na Polanie Małołąckiej. Ja byłam sama, on też, ale poszedł ze mną na Giewont i Kopę Kondracką i na każdym przystanku wyciągał z plecaka skarby. A miał: dwie kanapki, dwie gruszki, dwie nektarynki, dwa kubeczki plastikowe i jedno zimne piwo Żywiec, po którym rozważałam już przeprowadzkę na Podhale. No, więc teraz z Wojtkiem się właśnie spotykamy, trochę gaworzymy, o górach głównie, bo jak mogłoby być inaczej. Wojtek nosi białe mokasyny i rozkręca biznes w Ostródzie, jakbyście chcieli jechać na weekend do Ostródy, dajcie znać. Wojtek zaprasza.

Day two. To nie jest mój dzień. Dobudzić się nie mogę, kawa nie pomaga. Poza tym, na tych ośmiu kilometrach asfaltu z Morskiego Oka wczoraj dostał mi się do buta taki malutki kamyczek. Dzisiaj w miejscu, gdzie był malutki kamyczek jest wielki odcisk, który przebijam, zalepiam plastrem i idę, co zrobić. Trasa: Rusinowa Polana – Gęsia Szyja i naokoło przez Rówień Waksmundzką. Pogoda piękna, trasa łatwa, a my wolniutko, więc razem z nami idzie tak około trzydzieści sześć wycieczek szkolnych. Na podejściu jedna rozsiada się pośrodku szlaku, ja prę do przodu nie zważając na nic, przewodnik rzuca tylko, że niektórzy tacy na góry zacięci, że nawet latem kijki od nart ze sobą noszą. Ha ha.

Kiedy wracamy, burza nam już depcze po piętach, więc szybko do bazy naszej Głodówki, gdzie polewam Delingowi Soplicę i przez cztery godziny podpisujemy dla Was książki. Miłe zajęcie, nie powiem, tylko wraz z upływem czasu dedykacje jakoś odrobinę mniej czytelne. Wybaczcie.

Następnego dnia niby mamy już do Warszawy, ale jakoś tak na coś by jeszcze wszedł. Po drodze mamy Luboń, gdzie w styczniu tego roku zawiązał się Zakon Błękitnego Kubka, muszę więc Deling pokazać tę górkę. To się idzie z Rabki. Deling zła, muchy jej przeszkadzają, las jej przeszkadza. Kobieto, mówię do niej, bo ciebie to trzeba od razu helikopterem na tysiąc siedemset, na skały. Ona mówi, że właśnie tak, ale idzie (pamiętajcie, gorset rok temu). Idzie, trze oko, las, muchy, Luboń.

Na Luboniu ten sam zmęczony chatkowy co w styczniu, jak to dobrze, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Z góry już na dół, gdzie pod sklepem Lewiatan grzecznie czeka zaparkowany mikser.

Więc może powiecie, że tym razem to phi, bez przygód. Ale są przygody i są mikroprzygody i są jeszcze rzeczy dużo ważniejsze od przygód, przepaści i szczytów.

– Piękne te nasze góry. Chociaż małe.
– Małe i piękne.
– Jak ty, Delingu. Małe, ale twarde.
– Ale one są przecież bardzo kruche.
– …

Tobie dedykuję tę opowieść, moja krucha skało.

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.