Kajaki i Wielka Racza

Podróż do Sosnowca przypomina właściwie podróż z Ursusa na Pragę, dwie godziny i gotowe, tylko widoki za oknem inne. Wsiadam, dwie godziny, wysiadam. Właśnie lunęło, po ulicach hula wiatr, bo zaraz mecz o wszystko, nawet taksówkarz trochę zdenerwowany, czy zdąży. W knajpie rozmowy o kraju, który wydał na świat Marqueza, Shakirę i Escobara, i wszystko jest dobrze do momentu, aż Kolumbia wlepia nam pierwszego gola. Jak było dalej, wszyscy wiedzą i wszyscy są wkurwieni, szczególnie dwaj sosnowieccy policjanci, którzy zatrzymują nas po meczu i, po pozornie niewinnym pytaniu „która godzina”, z kurwą na ustach każą „ściszyć wolumen”. Do wyboru dają baty lub mandaty, a to, co robią i mówią jest tak złe jak mecz z Kolumbią. Tak złe, jak zły może być tylko młody chłopak, któremu kazali iść na patrol w dniu pustek na mieście, kiedy zdruzgotani kibice zamiast tańczyć salsę na ulicach, smętnie dopijają piwo, oglądając na pocieszenie końcówkę filmu „Książę i ja”.

Trudno. Niedziela przechodzi do historii, poniedziałek przynosi nowy dzień. „O 10.00 na TTC”, porozumiewają się szyfrem sosnowieccy artyści, którzy nie pracują w poniedziałki i dlatego mogą na przykład pojechać na spływ kajakowy. Na liście spływu jest 17 osób, w tym „Asia z Warszawy” i strasznie podoba mi się bycie Asią z Warszawy, zupełnie mi to w życiu wystarczy. Na facebookowej grupie ktoś postuluje, by przed spływem zaśpiewać Rotę i zatańczyć mazura, ktoś przytomnie pyta, ile piw kupić. Żeby nie było, że artyści nie umiejo w kajaki, na początku następuje jeszcze profesjonalne przeszkolenie, a potem to już hej, na Przemszę, płyniemy.

No i jest cudnie, ważki, bobrze żeremie, trochę woda się do kajaka leje, Patrycy z Olkiem zaliczają trzy spektakularne wywrotki, ale po dwóch godzinach udaje się dopłynąć do tajemniczego TTC, gdzie kiedyś zbiegały się granice trzech zaborów. W tym historycznym miejscu następuje – jak przystało – epicka popijawa przy ognisku (przypominam, jest godzina 14 w poniedziałek), na koniec której Patrycy idzie się wysikać, po czym wpada do rzeki. Po tym wpadnięciu nie bardzo wie chłop, jak się nazywa, zgubił buty i koniec końców trzeba go odwieźć do domu. Nie jest to łatwe, bo Patrycy jest siłą bezwładu i musimy jechać, trzymając mu na wszelki wypadek blisko twarzy reklamówkę z Biedronki.

Jeśli myślicie, że to koniec tego pięknego poniedziałku, to się mylicie. Ekipa Błękitnego Kubka, tym razem w składzie: ja, Tomek, Korzeń i Edyta wyrusza na podbój Beskidu Żywieckiego. Nie wychodziłam jeszcze w góry o 23, ale teraz tak właśnie jest. 23, parking w Rycerce Górnej i selfie w czołówkach, na którym wyglądamy jak ufoludki. Korzeń wrzuca na plecy swój wielki plecor, w którym spokojnie zmieściłoby się ludzkie ciało i suniemy przez noc. Świerki szumią pod dyszlem Wielkiego Wozu, księżycowe światło zalewa stoki Wielkiej Raczy, oddech rysuje fantastyczne kształty w zimnym powietrzu. Ptaki umilkły. Płoszymy śpiącego w trawie jelenia, który zrywa się, zanim ktokolwiek z nas zdoła go dojrzeć w ciemności.

Ci ze schroniska powiedzieli nam, że drzwi będą otwarte i że pierwszy pokój po lewej, i tak jest. Minęła północ, gwiazdy świecą jak oszalałe, wcale nie chce nam się spać. Tomek wyciąga z plecaka butelkę księżycówki. Nazwa pasuje: wódka jest jak światło księżyca tej nocy: czysta i mocna. Koło drugiej zasypiam, ale Tomek i Korzeń, pogryzając rzodkiewki, wytrwale czekają na świt.

Rano ciśniemy na Rycerzową. Tempo spore, bo znów poranna obsuwa dwie godziny, a mi trzeba zdążyć na pociąg. Zasuwamy. Edyta, to małe pisklę, dzielnie walczy z nami, Zakon Błękitnego Kubka jest dumny. Koło Przegibka dopada nas zmęczenie i psuje się pogoda. Popas. Jem pierogi z jagodami, ten niepodrabialny smak lata i z żalem mówię, że muszę schodzić. Tomek zdejmuje mi z policzka kleszcza. Nerwowo macam się po karku, w panice znajduję kolejne krwiożercze stworzenie. Chłopcy uspokajają: to nie kleszcz, to pieprzyk.

Schodzę z Korzeniem, który odwiezie mnie na stację. Leje. Szlak zmienia się w błotnistą ślizgawkę, a ja jeszcze co dziesięć minut muszę się zatrzymywać, bo mokry tyłek w kajaku ma swoje skutki. Odnajdujemy auto, myję brudne buty w strumyku. W Rajczy jesteśmy na czas i choć trzy razy sprawdzałam rozkład pociągów, ten okazuje się tylko teorią. Pociągu nie ma, a przynajmniej nie ma takiego, który z tej zagubionej stacyjki na końcu świata zabrałby mnie gdziekolwiek na czas. Korzeń ledwie widzi na oczy, ale odwozi mnie, ryzykując mandat, do Bielska, gdzie w ostatniej minucie wskakuję do wagonu strefy ciszy. Cisza jest. Nikt głośno nie rozmawia, tylko z siedzenia za mną co parę chwil dobiega ciche, acz kulturalne „ja pierdolę”.

* TTC = Trójkąt Trzech Cesarzy
** I to wszystko w 48h


One thought on “Kajaki i Wielka Racza

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.