Gerlach

23

PRZYGRYWKA

Zakopane, godzina 21. Spotkanie Blue Mug Expedition następuje na rondzie w Kuźnicach, konkretnie na ławce, gdzie czekają Korzeń, Tomek i pięć zgrzewek piwa Tatra. Radość chłopaków ze spotkania mnie jest równie duża jak radość z tego, że mam plecak, w którym Tatra może podróżować do Murowańca (alternatywą jest reklamówka ze stacji BP, bo chłopcy plecaki zostawili w schronisku). Ciśnie mi się na usta „ale dlaczego Tatra?”, na co oni, że w Murowańcu piwo stoi po 15 złotych i żebym nie marudziła.

Idziemy. Idziemy piękną tatrzańską nocą (chociaż teoretycznie nie wolno), gwiazdy świecą, dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. W Murowańcu czeka już nasze Pisklę, czyli Edyta i łóżka, których znów miało nie być, a które magicznie znalazły się dwa dni przed przyjazdem. I tak siedzimy w tej tatrzańskiej nocy, światło czołówki wyławia z mroku tylko oczy lisów.

Murowaniec jest jak okop, ostatnie ulewy zerwały drogę i ograniczyły transport, poza tym chodzą plotki, że załoga się zbuntowała, w związku z czym kuchnia jest czynna tylko dwie godziny rano i dwie wieczorem, na drzwiach każdej łazienki wisi napis „AWARIA”, a za jajecznicę zapłacić trzeba 23 złote. Szaniec ten jednak ma niewątpliwą zaletę: blisko tyle pięknych szlaków! Rano po jajecznicy plan na Zawrat, ale za stawem zaczyna lać. Zawracamy zanim nas zmoczy do majtek, ostatecznie uda się tylko popołudniowa przechadzka na przełęcz Liliowe i dalej, na Kasprowy, ale ten dzień nie jest ważny. Ważny jest następny. 27 lipca. Moje urodziny.

Budzę się grubo przed budzikiem, na zegarku 5.30, za oknem lampa. Lampa taka, że uwierzyć w ten prezent nie mogę, bo oprócz piwa Tatra w plecaku siedzi butelka Prosecco, które zamierzam wypić na Kościelcu. Wymyśliłam sobie ten Kościelec jeszcze w lutym, wydzwaniałam do Murowańca z pytaniem o miejsca tak często, że chatkowy, słysząc mój głos, mówił: „ach, to znowu pani”, denerwowałam się cały tydzień, kiedy w Tatrach pozrywało mosty i podtopiło szlaki i co? I oto siedzę w moje urodziny na szczycie w koszulce z napisem „Królowa”, piję prosecco z błękitnego kubka, a Korzeń, Tomek i Edyta śpiewają. Jestem tylko zła, że nie wpadłam na taki pomysł z pięć lat wcześniej.

Schodzimy do schroniska w chwili, kiedy niebo pęka na pół i wylewa z siebie kubły zimnej wody. Razem z nami wbija do środka tak na oko ze sto dwadzieścia osób, miejsce jest tylko na schodach. „Chodźcie na ganek!” – mówi Korzeń, „na ganku jest pięknie!”. Tomek spode łba mamrocze, gdzie ma Korzenia i jego ganek, ale w końcu idziemy i nagle dzieje się coś, za co kocham góry. Ktoś wyciąga gitarę, ktoś donosi tace pełne piwa, łysy ksiądz śpiewa o diable, deszcz leje, mam najlepsze urodziny w życiu.

Schodzimy do Zakopanego w nowej komitywie, jeszcze kolacja, zakupy i Blue Mug Expedition rusza na Słowację. Kolejnego dnia zarządzamy odpoczynek: są termy, bryndzove halusky i masaż u masażysty Mateusza, który, zanim w ogóle mnie dotknie, patrzy na moje plecy i mówi: boli tu, tu i tu. Nie wiem skąd wie, ale ma rację. Boli jak cholera, ale to dobry ból. I dobry masaż. Wieczorem grzecznie idziemy spać, bo rano czeka na nas Król. Boję się, że z podekscytowania nie usnę, że mimo dobrych prognoz pogoda się zepsuje, że będzie zimno, że nie dam rady. Które spodnie? Te czy tamte? Może jednak tamte. Może…

Zasypiam. Śpię. Nie śni mi się nic.

ATAK

Czwarta rano, pobudka. Dzisiaj już wiem, że najważniejsze przed górami to zjeść śniadanie, bo inaczej kończy się tak jak w kwietniu na Babiej Górze – brakuje sił. Robię więc sobie owsiankę i pakuję do plecaka kanapki. Na parkingu w Tatrzańskiej Polance nasi przewodnicy – Zosia i Piotr wręczają nam uprzęże i odchudzają plecaki: wszystko, co nieistotne, zostaje, najważniejsza, mówią, jest apteczka z folią nrc.

Z parkingu pod Śląski Dom zawozi nas bus, co oszczędza dwie godziny drogi po asfalcie. Busa prowadzi Duszan, który wygląda tak, jak się nazywa: ma twarz wyrzeźbioną od ciągłego uśmiechu i dobre iskierki w oczach. W Śląskim Domu (to taki słowacki hotel na Kalatówkach, tylko w wersji lux) żegnamy Edytę i ruszamy w szóstkę do góry. Szybki trekking zielonym szlakiem, cień rysuje drugi łańcuch górski na tle skał, potem przez kamienie pod ścianę. Dzielimy się na dwa zespoły. Wiążemy liną. I zaczynamy wspin.

Na Gerlach nie prowadzi żaden znakowany szlak. Jest kilka dróg wejścia, najłatwiejsza – Wielicka Próba, najtrudniejsza – Droga Martina. My mamy wariant pośredni, drogą Vlada Tatarki do przełęczy Tetmajera i dalej kawałkiem „martinki” na szczyt. Idę w górę i jest to jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu: skała trzyma, góra wzywa, Tatry stworzone są po to, by się po nich wspinać. Chwyty same wchodzą pod rękę, nawet oddechu uspokajać nie muszę. Czuję się fantastycznie. Tylko opuszki palców bolą od twardego granitu.

Gorzej, że Korzeń, z którym idę w parze, nie zjadł śniadania i teraz gramoli się przez skały z prędkością i gracją czołgu. W czasie gdy ja jak kozica pokonuję kominki i skalne półki i nie mam w sobie ani odrobiny strachu, ten wielki facet o jeszcze większym sercu zwyczajnie się boi. Zwyczajnie nie ma siły, by podciągnąć się na rękach. Wymuszany w niego kanapkę ale osłabiony organizm nie chce jeść.

I tak trwa nierówna walka przez dwie godziny wspinania do przełęczy i potem dwie godziny po grani. Grań – najeżona skałami, wąziutka, piękna. Nachodzą chmury, nie widać przepaści pod nami, ale wiem, że pół metra w prawo i pół metra w lewo jest już tylko powietrze. Idę, czekam, idę, staję. Tuż przed szczytem utykamy przed Głazem Nie Do Pokonania. I wtedy ja, metr sześćdziesiąt wzrostu, podsadzam ważącego dwa razy więcej ode mnie chłopa, na skałę. Stukilowy Korzeń, dzięki któremu nie zdmuchnęło mnie z Babiej Góry razem z plecakiem, staje mi na barku. Nie chce i zaciekle się broni, ale nie ma czasu, wrzeszczę do niego, żeby stawał, w kręgosłupie coś strzyka, ale wytrzymuję, a Korzeń wdrapuje się na głaz, na który ja wchodzę jak małpka po palmie. Jakby mi się ręce do tego granitu kleiły. Te godziny na ściance na coś się jednak przydały.

Szczyt. Widoków nie ma, choć słońce przebija się przez watę chmur. Jest radość, jest chwila odpoczynku, ale jest też zmęczenie i obawa przed psującą się pogodą. Nie ma co mitrężyć, trzeba zaraz w dół, bo wejście to dopiero połowa sukcesu. Za chwilę okaże się, że zabawa dopiero się zacznie. Dla Korzenia każdy krok w dół to zastrzyk adrenaliny. Więc to tak jakieś trzydzieści zastrzyków na minutę. Płuca pracują mu jak miechy, a i tak co kilka sekund stajemy.

– Czekaj, Asieńko!
– Czekam.

Zejście jest trudne, trochę liny, trochę klamer i łańcuchów, trochę sypkich kamieni. Drugi zespół – Tomek i Piotrek – wyprzedza nas o dobry kwadrans.

– Gdzie mam tę nogę stawiać? Tu nic nie ma!
– Tu masz, Korzeń, tu, musisz patrzeć. Masz stopień.
– Gdzie?!!!
– Tu, ręką ci pokazuję!
– Ale ja ci na rękę nie chcę stanąć!
– Ja sobie poradzę, tylko złaź!
– Asiu, momencik. Czekaj.
– Korzeniu. Nic innego nie robię, tylko na ciebie czekam.

Gdzieś nad nami mruczy burza, Zosia z niepokojem patrzy w niebo. Korzeniowi plączą się nogi, co chwilę łapie go kaszel.

– Asiu, czekaj! Jak tu pięknie….
– Korzeń, jak Boga kocham, cicho już bądź. Idź tylko. Idź.

Strasznie na niego krzyczę, ale ja, w przeciwieństwie do Zosi, mogę i nie jest mi głupio poganiać go nahajką. Widzę, że walczy: walczy jak lew. Tylko trwa to wszystko tak koszmarnie długo.

– Korzeń, idź, ja cię proszę. Nikt tu nie chce być w czasie burzy.

Łapie nas deszcz. Korzeń zapewnia, że czuje się dobrze, ale wcale tak nie wygląda.

– O, jaki deszczyk, orzeźwi nas trochę. Jak ja wam dziękuję, Asieńko, Zosieńko…
– Krzysztof, cicho już bądź. Siły oszczędzaj. Będziesz dziękować jak bezpiecznie zejdziemy.

Tomek i Piotrek są daleko przed nami. Burza na szczęście przechodzi gdzieś bokiem, Korzeń zsuwa się na tyłku po ostatnich skałach. Zosia każe mu położyć się na trzy minuty i patrzeć w niebo. Podchodzi do nas kozica, która skubie trawę i nic sobie z naszej obecności nie robi.

A on zmartwychwstaje. Z Batyżowskiego Stawu do schroniska pomyka jak chart, a musimy się spieszyć, jeśli chcemy zjechać busem z Duszanem. Wejście zajęło nam 10,5 godziny.

Edyta ściska nas i gratuluje, uśmiechnięty Duszan odpala busa i jedziemy w dół. Adrenalina schodzi, ogarnia mnie zmęczenie. Szczęśliwe zmęczenie. Przed oczy wracają obrazki z grani. Najtrudniejszy mój szlak do tej pory, Czerwona Ławka, to przy tym jakby plac zabaw. Gerlach to taka Ławka tylko trzy razy trudniejsza i dziesięć razy dłuższa. I wiecie co? Nie bałam się ani trochę. Nie miałam ani jednej chwili zwątpienia. Ani jednego kryzysu. Może dlatego, że tym razem nie mogłam, bo z dwoma Korzeniami Zosia nie dałaby sobie rady. A może dlatego, że, cholera jasna, zjadłam śniadanie i potem co dwie godziny pakowałam w siebie cukry proste. Więc jeśli ktoś ma pytania odnośnie do techniki, sprzętu, przewodników i kosztów wejścia na Gerlach, zapraszam na priv. A reszcie z Was mówię: jedzcie śniadanie!

– Jesteście niesamowici – mówi na pożegnanie Zosia. – Ty, Krzysiu, bo się nie poddałeś. A ty, Asiu, bo robiłaś dokładnie to, co powinnaś.
– Krzyczałam na niego?
– I pomykałaś jak kozica. Masz dobry instynkt.

Zmęczenie jest ogromne, sił starcza tylko na prysznic i kolację. Na nogach kwitną mi siniaki, kolana wyglądają jak rozgniecione śliwki. Następnego dnia odpuszczamy wysokie góry, jedziemy do Słowackiego Raju, czyli w takie jakby nasze Gorce i chodzimy sobie po malowniczych wąwozach, mostkach, drabinkach i leśnych ścieżkach, a na koniec zjeżdżamy z góry na rowerach.

Wieczorem umawiam się z magikiem Mateuszem na masaż.

– I co, znowu będzie bolało? – pytam.
– Ano – mówi ze słowackim zaśpiewem Mateusz.

Dobrze. Niech boli. To dobry ból.

This slideshow requires JavaScript.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.