Na Trzydniowiański Wierch

2

Uwielbiam to. Metro Wilanowska, 23.45, Uber wyrzuca mnie w ciepłą październikową noc. – Plecaki do plecaka! I nie pytajcie, kto tak wymyślił! – krzyczy siwy kierowca, pakując bagaż do przyczepki na zadzie Flixbusa. – Pani ma dwa bagaże? A zapłacone?- fuka na mnie i, kiedy zaprzeczam, podnosi ostrzegawczo palec w górę i z wysokości przyczepki obwieszcza: – Żeby mi to było ostatni raz! Zrozumiano?

Kiwam posłusznie głową i ładuję się do środka. Miejsce przy oknie, śpiwór pod głowę, zatyczki w uszach, opaska na oczach. Radosne rozmowy i śmiechy cichną jeszcze przed Radomiem. Udaje mi się zasnąć na tyle mocno, że do końca podróży nie dowiem się, czyje ciepłe ciało usiadło obok mnie gdzieś po drodze. Znikło, zanim na dobre rozbudziłam się w sinym poranku na dworcu w Zakopanem.

Dworzec w Zakopanem. Nigdy nie przypuszczałam, że, wyłączając codzienność warszawską, dwa miejsca na świecie będę odwiedzać tak często: lotnisko Arlanda i dworzec w Zakopanem. Znam tu już każdy kąt. Idę po kawę do Żabki i umyć zęby do kibla, gdzie znów zostaję ofuknięta („a co pani tak tę wodę leje, przykręci pani ten kran”), co sprawia, że w moim sercu powstaje specjalna przegródka dla kierowców Flixbusa i babć klozetowych. I busiarza, który, zgniatając piętą peta, cedzi przez zęby: „Ze mną pani jedzie? To pani wsiada”.

Wsiadam, jadę, Giewont błyszczy w słońcu świeżym śniegiem. Pogoda jest nieprawdopodobna, a kiedy wysiadam na Siwej Polanie, zalewa mnie taka fala radości, że jest to doznanie niemal fizyczne (if you know what I mean). Pusto, zimno, pięknie. Lecę na Trzydniowiański Wierch.

Lecę, jakbym była głodna tych gór, w śniegu po kolana, z tym niesamowitym słońcem nad głową. Jakbym na jakiś ośmiotysięcznik leciała, na wulkan Cotopaxi co najmniej, jakbym była jednoosobową ekspedycją na niezbadanym lądzie. Z Trzydniowiańskiego na Kończysty, z Kończystego na Starorobociański, gdybym była religijna to powiedziałabym, że odmawiam te góry jak różaniec, paciorek za paciorkiem. Ludzi na szlaku akurat tylu, by nie czuć się całkiem samej, by raz na godzinę powiedzieć komuś „cześć”. Na Siwej Przełęczy rozbieram się do t-shirta i dobre pół godziny leżę w słońcu. Leżę, obok mnie przelatuje motylek. Na tysiąc osiemset n.m.p., w październiku. Motylku, co ty robisz w tych śniegach?

Sił mam jeszcze dużo, ale rozsądnie decyduję się zejść po południu do schronu. W recepcji pani biedzi się nad księgą gości, gdzie mnie tu dać: do czternastoosobowego, czy do ośmio- (ale z samymi chłopami), mówię więc, by dała glebę w świetlicy, mam to już przećwiczone. Daje. Buduję palisadę z krzeseł i moszczę sobie posłanie, a potem gorący prysznic i zimne piwo, grzaniec, szarlotka i degustacja z piersiówek, na którą wpraszam się do nowo poznanej ekipy z Inowrocławia. Czuję jednak noc w autobusie, czuję cały dzień na szlaku, żegnam się więc wcześnie i biję swój rekord w prędkości zasypiania: usypiam, zanim jeszcze moja głowa dotknie karimaty.

Budzę się grubo przed świtem i w ciemności słucham chrapania, a potem, do rana, już tylko kolejnych melodyjek z budzików. Otwieram wreszcie oczy zła i niewyspana, wychodzę przed schronisko, a twarz owiewa mi ciepły wiatr. Nalewam sobie kawy z termosu.

Zapomniałam już, jak bardzo za tym tęskniłam.

 

This slideshow requires JavaScript.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.