More than one night in Bangkok

Och, Azjo. Mówiłam, że już nie wrócę, że dosyć mam brudu, smrodu, tłumu, że nie chcę słuchać już “you wanna boat you wanna tuk tuk you wanna massage, very good very cheap price”. Że teraz to już tylko Ameryka Południowa. Że Azji wystarczy mi na kolejne dziesięć lat.

I oto znów tu jestem.

Jestem w Bangkoku i koszula lepi mi się do ciała. Jest dziewiętnasta, temperatura trzydzieści cztery stopnie, wilgotność milion procent. Wysiadamy z Martą na lotnisku Suvarnabhumi, pieczątka zostaje wbita w paszport, a gorące powietrze bierze nas we władanie.

Najpierw kasa. Wkładam kartę do bankomatu, bankomat nie wypluwa pieniędzy. Drugi raz, trzeci. Nic. Nie ma. Nie da. Niet. Obliczam w myślach prowizję za wypłatę z karty kredytowej w PLN, bynajmniej nie w myślach przeklinam, po czym wsiadamy do taksówki i wleczemy się przez korki do miasta.

Azja pachnie.

Pierwszy zapach to wilgoć. Przesiąka nią wszystko, od majtek po ręczniki. Nie da się tego pozbyć i nie da uniknąć. Koszula będzie się lepić, po udach spływać będą strużki potu, a wytchnienie dadzą tylko klimatyzowane wnętrza sklepów Seven Eleven.

Drugi to curry. Smażone w głębokim tłuszczu sajgonki. Szaszłyki z kurczaka, grillowane wprost na ulicy. Papryka. Mleczko kokosowe. Trawa cytrynowa. Krewetki. Małe, słodkie banany. Nie da się przejść po azjatyckiej ulicy i nie poczuć, co dzisiaj na kolację. Jedzenie jest wszędzie. Wszędzie smaży się, gotuje i piecze.

Trzeci zapach to smród. Azja śmierdzi. Kanalizacją (często tuż obok smażonego kurczaka). Tutaj też się nie da przejść ulicą i nie poczuć, co wczoraj zjedli na kolację mieszkańcy dzielnicy. Albo i co zjedli miesiąc temu. I tego też nie da się uniknąć.

Wleczemy się przez korki do naszego guesthouse’u, który okazuje się nieskazitelnie czystym miejscem z gigantycznym łóżkiem, zrzucamy plecaki i ruszamy na Khao San Road, słynne tajskie Krupówki, gdzie w ciągu godziny można zrobić sobie masaż i tatuaż, a potem beztrosko pić piwo pod lampionem i oglądać blade łydki angielskich dziewcząt przechadzających się tam i z powrotem jak kursujące od brzegu do brzegu promy.

Och, Azjo.

Tajlandia to jednak trochę uporządkowana Azja. Trąbią mało, przez ulicę prawie da się przejść nie narażając życia, w taksówkach włączają licznik, śmieci na chodnikach tyle co kot napłakał. Palić w miejscach publicznych nie wolno. Nie wolno też krytykować monarchii ani traktować posążków Buddy jako dekoracji, choć ogólnie stosunek do religii jest dość radosny, na targu amuletów obok świątobliwych mnichów widziałam ludzi kupujących rzeźby ogromnych fallusów, a tuż przy świątyni można oddać się w małe rączki tajskich masażystek.

Po dniu, który uciekł nam przez zmianę czasu i który zawsze będzie już białą plamą w moim życiorysie, idziemy zwiedzać. Jeden pałac i dwie świątynie, jedno curry i dwa pad thaie, jedna sałatka z papai (która wyglada i smakuje jak kapusta). Jedno espresso, mocne jak piekło. Świeży kokos i ananas, masaż stóp, wszystko za grosze. W Tajlandii obcinasz od ceny jedno zero i żyjesz jak król.

Wieczorem, po drinku na kruszonym lodzie, jedziemy zobaczyć bokserską walkę na stadionie Rajadamnern. Nigdy w życiu nie oglądałam boksu, nie licząc walk Andrzeja Gołoty i Rocky’ego Ballboa w latach 90. A teraz tuk tuk wiezie nas na arenę, gdzie młodzi i lśniący od oleju kokosowego chłopcy biją się dla sławy. Kupujemy najtańsze bilety na trzecią strefę i wchodzimy w świat męskiej rozrywki, w tłum rozentuzjazmowanych fanów, którzy gorączkowo obstawiają, kto wygra. Tajski boks, muay thai, dopuszcza z grubsza wszystko, a jednocześnie jest w nim pewna elegancja, taneczność ruchów, hipnotyzujący rytm monotonnej muzyki z bębnów. Zanim zaczną walkę, bokserzy modlą się, a potem tańczą. Dopiero potem leją się po mordach.

Startuje aż 10 par, w każdej walce 5 rund, boskie ciała młodych Tajów zwierają się w uściskach na ringu. Gdybym była tajską kobietą, przychodziłabym popatrzeć, nawet z najdalszej strefy widać grające na plecach zawodników mięśnie. Są niesamowicie zwinni i zręczni, szybcy i niebezpieczni: dwie walki kończą się przed czasem całkowitym nokautem przeciwnika.

Publiczność reaguje na każdy ruch pomrukiem aprobaty albo okrzykiem niezadowolenia, wyciągnięte w górę ręce nie klaszczą jednak, nie ma tu braw. W przerwach w zadymionych korytarzach mężczyźni palą papierosy i popijają wściekle kolorowe napoje z plastikowych kubeczków, potem wracają na trybuny. Muzyka, bęben, rytm, cios. I tak przez kilka godzin.

Wychodzimy oszołomione i zmęczone, siadamy w koreańskiej knajpie, gdzie można zamówić do jedzenia wszystko to, co dostępne jest na ulicznych straganach w promieniu dwustu metrów. Jem zupę Tom Yum, kapsaicyna wyciska mi łzy z oczu. Azja, no spicy oznacza, że prawdopodobnie nie wypali ci gardła od razu.

Kładę się tej nocy w chłodnej pościeli, po błogosławionym prysznicu i zasypiam, licząc, ilu tajskich bokserów zmieściłoby się w naszym wielkim łóżku.

Rano jajka, tosty, potem masaż. Dwadzieścia pięć złotych kosztuje godzina w rękach starej Tajki, która wie, gdzie ucisnąć, żeby bolało tylko trochę, w sam raz. Gdy wychodzimy z salonu, zaczyna padać, pijemy więc jadowicie zieloną herbatę z ulicznego wózeczka, a potem dajemy wieźć się tramwajowi wodnemu do Chinatown. Chińska dzielnica okazuje się przedsionkiem piekła, zbudowanego z plastiku. Targ za targiem, herbata z pączków róż, cięte kwiaty, przyprawy, gumki do włosów, grzebienie, suszone krewetki, żywe homary i coś, co wyglada jak marynowany mózg wieloryba. Albo marynowany penis. Mdli mnie od samego patrzenia, sajgonki z ulicznej knajpki okazują się nie do przełknięcia, do tego nad chiński plastik nadciąga monsunowa chmura, która pęka na pół zanim zdążymy dobiec do małej kafejki na rogu.

To mój pierwszy monsun. Na chwilę wszystko zamiera, właściciel sklepu z materiałami wychodzi na papierosa, w strugach deszczu przemykają na skuterach odważni zawinięci w kolorowe poncho (a niektórzy z rozłożoną parasolką nad głową). Wbiegamy w końcu do kawiarni, wyjętej żywcem z XIX- wiecznej powieści, pijemy herbatę z porcelanowych filiżanek i zagryzamy pełnoprawnym zachodnim brownie: kosztuje nas to tyle, co dwa obiady z ulicy.

Potem znów targi: kwiatowy i owocowy. Wydaje się, że tu nie chodzi o to, by sprzedać, ale by handlować. Nie zarobić, ale wprawić pieniądz w ruch. Lądujemy w knajpie, gdzie no spicy znaczy trudnozjadalne, musimy zagryzać dziwną zieloną rośliną stir-fry i zapijać piwem. Wracamy wcześnie, bo następnego dnia pobudka przed świtem. Nie wiemy jednak jeszcze, że prawie nie zmrużymy oka, a kolejny dzień okaże się trudniejszy, niż którakolwiek z nas mogła się spodziewać.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.