Norwegia III. Trolltunga

Przeczytaj też pierwszą i drugą część relacji z Norwegii.

Zwlekamy się z łóżka w kempingowym hostelu bez entuzjazmu. Zalewamy liofilizowany dahl i owsianki wodą, niemrawo grzebiemy łyżką w różowej brei. Miało być słońce, ale niebo zasnute jest chmurami. Bus podjeżdża o 5.30, kierowca psika nam po rękach płynem do dezynfekcji. Suniemy przez Oddę w bladym świetle poranka, za nami ciche rozmowy, jakie toczą wszyscy podróżnicy pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Skąd jesteście, dokąd zmierzacie. Nastroju wielkiej przygody nie ma.

Trolltunga to szlak legendarny. Skałę, która właściwie nie różni się wiele od miliarda innych norweskich skał, “odkryli” w 1820 roku brytyjscy podróżnicy, ale jej szalona popularność to właściwie ostatnie dziesięć lat. Przed 2010 rokiem szlak przemierzało ledwie 800 osób rocznie, w 2016 – było to już 80 tysięcy. Nie mam innego wytłumaczenia niż magia Instagrama – bo i faktycznie sceneria zapiera dech w piersiach.

Zanim jednak dotrze się chociażby na początek szlaku, trzeba swoje dojechać – najpierw z Oddy do wioski Skjeggedal. Trasa jest tak stroma, że do początku XX wieku nie dawały na niej rady nawet konie, dojść można było więc wyłącznie na własnych nogach. Potem zbudowano bitą drogę, a nawet kolejkę górską ze Skjeggedal do Mågelitoppen – skąd zaczyna się właściwy szlak na Trolltungę. Dzisiaj kolejka jest już nieczynna, pozostały po niej tylko imponująco strome tory.

Tory kolejki widziane z góry. W dole tama i jezioro Ringedalsvatnet, fot. Harald Hognerud Kraftmuseet

Do Skjeggedal dojechać można busem (który zarezerwowałyśmy wcześniej – o tutaj – ale firmy są dwie i jeżdżą na zmianę – jedna to Taxi Bus Odda, a druga Odda taxi – cena ta sama, 250 NOK za osobę w dwie strony) ewentualnie samochodem, o ile również zarezerwowało się miejsce na parkingu. Parkingi są trzy: jedynka, dwójka i trójka. Z jedynki trasa w tę i z powrotem to 40 km (220 miejsc, 300 koron/dzień), z dwójki – 28 km (180 miejsc, 500 koron/dzień), z trójki – 20 km (30 miejsc, 600 koron/dzień). Dokładne informacje można znaleźć tutaj.

Bus, który zabrał nas z Oddy, dojeżdża do “dwójki”, czyli parkingu P2 Skjeggedal. Stąd można iść 3,5 km pod górkę (asfaltową krętą drogą, najbardziej stromy kawałek i największe przewyższenie na całej trasie) albo podjechać kolejnym busem (to inna firma niż bus z Oddy i bilety też sprzedawane są oddzielnie- można je kupić od ręki na miejscu) do Mågelitoppen. Obok asfaltu jest podobno jakiś szlak (na mapie jest), ale nie widziałam, by ktokolwiek nim szedł.

Logistyka jest tu więc dość skomplikowana – pewne pojęcie o tym, jak wygląda dojazd na Trolltungę, pokazuje poniższa mapka i rysunek:

Parking P1 – Tyssedal, P2 – Skjeggedal (tu dojeżdża bus) i P3 – tu dojeżdża kolejny busik
Uwaga! Skala nie odpowiada rzeczywistości, ale rysunek daje pewne pojęcie o ukształtowaniu terenu.

Widać dość dobrze, że a) Trolltunga to skała nad wysoko położonym jeziorem b) nad które najpierw trzeba dojechać c) a potem jeszcze wspiąć się – na nogach lub autem lub busem – na klif. Potem jest już łatwiej 🙂 Serpentyniasta droga z mapki skraca marsz o ponad 7 km. Zanim ją wybudowano, wszyscy musieli drałować pod górę, co wydłużało całą wycieczkę do 27 kilometrów. Dzisiaj, jeśli dojedzie się maksymalnie wysoko busem lub samochodem, przejść trzeba w dwie strony 20 kilometrów. Szacowany czas przejścia to 7-10 godzin. Obstawiam, że większość wjeżdża tak wysoko jak się da – pieszo idą głównie młodzi, którym mniej żal nóg niż dodatkowych 130 koron.

Oprócz zaznaczonej trasy, istnieje alternatywna – można pojechać sześć kilometrów wzdłuż jeziora, następnie wspiąć się po via ferracie na klif i przejść ostatnie trzy kilometry do samej formacji skalnej. Taką przygodę oferuje m.in. biuro Trolltunga Active. Koszt to 1500 NOK. Idzie się w grupie kilku-kilkunastu osób z przewodnikiem, wraca trasą “klasyczną”. Jak ktoś chce to może też przenocować na klifie w wyglądającym jak kula do zorbingu namiocie. I zjeść kolację z widokiem.

Teraz tak. W całej Oddzie, na kempingach, parkingach i przystankach autobusowych wiszą plakaty z zasadami bezpieczeństwa na szlaku. Bardzo dobrze, że wiszą. Mówią one m.in., by zabrać ze sobą źródło światła, jedzenie i wodę na cały dzień, apteczkę, wodo- i wiatroszczelną odzież, wysokie buty, czapkę i rękawiczki. Nie brakuje żółtych tabliczek z informacją, by zacząć wycieczkę przed 10 rano, a w razie sytuacji awaryjnej dwa razy przemyśleć, czy wzywać pomoc (“Wyczerpanie to NIE JEST sytuacja awaryjna. Odpocznij, rób przerwy i wróć do Skjeggedal w swoim własnym tempie. You can do it!”). Przypuszczam, że tablice wzięły się z kilku akcji ratunkowych – kiedy Trolltunga zrobiła swą zawrotną instagramową karierę, lazły tam tłumy nieprzygotowanych ludzi z różnych, pewnie również mało górskich krajów. Trochę jak nad nasze Morskie Oko w klapkach. Tylko że nad Morskim Okiem jest schronisko z ciepłą szamką i od biedy się w tych klapkach dojdzie, a tutaj nie ma nic. Te ostrzeżenia są zresztą tylko po angielsku – wygląda więc na to, że Norwegowie doskonale wiedzą, na co się piszą.

Super, że te rady są i chciałoby się w sumie, żeby w naszych Tatrach podobne plakaty wisiały. ALE, jak zresztą pisała w swojej relacji Ruda z Wyboru, szlak na Trolltungę nie jest w żaden sposób trudny. Jest długi, zwłaszcza, gdy wyrusza się z parkingu P2, ale trudności na nim nie ma żadnych. Nie przesadzałabym też w kwestii butów: przy dobrej pogodzie krótkie treki wystarczą w zupełności. Nas na szlaku mijały dziesiątki Norwegów w krótkich spodenkach, adidasach i z lekkimi plecaczkami. Inna sprawa, że Norwegowie to, jak już pisałam, inny gatunek turysty – mają długie nogi i żelazną kondycję. Na coś przydaje się jednak norweskie “nie ma złej pogody, tylko nieodpowiedni strój”. Zasuwali tam aż się kurzyło.

No dobra. Do sedna, czyli do trasy – zaczyna się płaską dolinką wśród głazów, która usiana jest – uwaga – hyttami, czyli domkami. Tak, ludzie mają domki na szlaku na Trolltungę i jest ich całkiem sporo! Potem jest jedno podejście po skałach, przejście przez łachę śniegu (niegroźne) i wychodzi się już na grzbiet, którym wędrować będziemy aż do Trolltungi.

Początek trasy
Podejście po skałach. Mokro, ale dość łatwo
Szlak na Trolltungę
Płat śniegu w drodze

Sporo osób idzie z pełnym ekwipunkiem kempingowym: do pewnego momentu przy szlaku się rozbijać nie wolno, ale od razu widać, gdzie zakaz już nie obowiązuje. W kilku miejscach aż tłoczno od namiotów. No i jest to jakieś przeżycie, obudzić się i mieć taki widok:

Panorama z jeziorem Ringedalsvann

Zresztą, tak jak pisałam – magia Instagrama. Jak przejrzycie sobie zdjęcia z hasztagiem Trolltungi, to zobaczycie, że ludzie taszczą tam nawet suknie ślubne i kuchenną zastawę – byle tylko zrobić zajebiste fotki. Niektóre faktycznie są zajebiste, ale wielu rzeczy nie pokazują – np. tego, że sika się w krzakach, wiatr wieje, jest mokro, zimno, a po wodę trzeba iść spory kawałek.

Widok na jezioro jest jednak – nie ma co owijać w bawełnę – zjawiskowy. To chyba najpiękniejsza część szlaku. Potem ścieżka skręca znów między skały, krajobraz robi się prawie księżycowy. Prawie, bo nawet tutaj Norwegowie potrafili przystosować naturę do swoich potrzeb – jest tu tama i sztuczne jezioro, a woda wykorzystywana jest w pobliskiej hydroelektrowni.

Na trasie co kilometr rozmieszczono tabliczki informujące, ile zostało do końca. Są tu również dwie chatki ratunkowe – gdyby trzeba było przeczekać załamanie pogody. To nie jest rodzaj schroniska – raczej buda, gdzie można schować się i przetrwać p tak zresztą oznaczone są na mapie – jako “survival cabin” – chatka przetrwania.

Docieramy na miejsce około 10.30. Teraz wiadomo, musimy odstać swoje w kolejce do zdjęcia na słynnym języku. Żeby się tam dostać, trzeba zejść kilka kroków po metalowej drabince. Sama skała, choć sprawia wrażenie wąskiego kamyczka, jest na tyle szeroka (6 metrów), że nie ma się poczucia lufy i spadania w przepaść. Spokojnie można wejść, zapozować i zejść, choć na wszystko jest zaledwie kilka chwil – inni przecież czekają. A przychodzi się w końcu dla zdjęć. Takich zdjęć:

Żeby było zabawniej, przy zejściu na sam język zainstalowano POJEMNIK Z PŁYNEM DO DEZYNFEKCJI. Jest też apel, by nie dotykać cudzego sprzętu fotograficznego i nie tłoczyć się, ale gdzie tam w tych górach jakiś koronawirus?

Kolejeczka

Odstać swoje trzeba. Potem wyciągam Prosecco, wytrwale niesione w plecaku przez całą drogę, ale szczerze to pizga tam na tej Trolltundze i schować się nie ma gdzie. Na Preikestolen przyjemnie grzało słonko, tutaj jest mokro i zimno. I to zimno mnie trochę zaskakuje. Od razu jestem głodna i zmęczona, i niewyspana. Żałuję, że mamy tylko zimną zupę z soczewicy zamiast termosu z gorącą herbatą.

Trolltunga. Ile się idzie?

Na parkingu w Skjeggedal jesteśmy z powrotem o 15. Wycieczka zajęła nam – razem z 1,5 godzinnym przystankiem u celu – jakieś 8 – 8,5 godziny. Nie spieszyłyśmy się. Wyobrażam sobie, że trasę można przebiec w czasie o połowę krótszym, można też iść dłużej – zwłaszcza z ciężkim plecakiem.

Oprócz Trolltungi w Oddzie jest co robić: można wybrać się na ferratę w Tyssedal, można pojechać i podejść do jęzora lodowca Buerbreen, można wybrać się na kilka innych wycieczek. Ja szczerze mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

Oficjalna strona informacyjna o Trolltundzie (ENG)

Nocleg w Oddzie – polecam Odda Camping – czysto, ciepła woda, mili ludzie

Jeśli masz pytanie, napisz do mnie:

joanna.kocik87@gmail.com

Jestem też na Instagramie


One thought on “Norwegia III. Trolltunga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.