Mnich to za mało

Znacie to uczucie, kiedy uda bolą was tak, że trudno jest usiąść na kiblu? No więc ja już znam. Tak czuje się ktoś, kto dzień wcześniej wszedł na Mnicha, a potem z rozpędu pognał przez Szpiglasowy Wierch i Zawrat do Kuźnic, robiąc 30 kilometrów z górką. Czyli ja się tak czuję. Tomek chyba też, bo właśnie leży i kupuje na Allegro roller.

Skąd się w ogóle wziął ten Mnich? Kiedy byłyśmy z Karoliną w Norwegii, usłyszałam o via ferracie prowadzącej na Trolltungę i zaczęłam sobie tę ferratę googlać. Tak trafiłam na reklamę Mountain Climbing School, gdzie w ofercie jest “wejście na Mnicha”, którego jest podobno w stanie dokonać każda przeciętnie sprawna fizycznie osoba. Za długo się nie zastanawiałam. Po dwóch kliknięciach mieliśmy już zabukowany termin, a po kolejnych dwóch – bilet na pociąg i nocleg w Zakopanem.

Kto czyta moje relacje od jakiegoś czasu, ten wie, że Zakopanego unikam jak tylko mogę, uważam je za dziewiąty krąg piekła i nie wychodzę poza osobisty trójkąt komfortu dworzec-Żabka-toaleta, a nocuję zwykle po schroniskach. Ale tym razem miało być inaczej.

No i kochani! Co to jest za miejsce! Tego lata spędziłam tydzień w Jastarni i wydawało mi się, że to Hel jest stolicą polskiego lansu, z tymi surferskimi ciuszkami, bluzami w monstery, nerkami w tukany i wełnianymi czapkami po 79 zł. Jakże się myliłam! Stolicą lansu bezapelacyjnie jest Zakopane. Czego tu nie ma: różowe dresy, torebki Louis Vuitton, bokserskie warkocze, tatuaże z henny, papugaria, żelki na metry, najki na rzepy. Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak zobaczyłam te krzywe latarnie, Stek Chałupę, Gazdowo Kuźnię i karykaturzystów na chodniku. Jako dziecko uwielbiałam Zakopane i mogłam spędzić cały dzień, łażąc po Krupówkach w tę i z powrotem. Doczekałam się nawet doczepionego różowego dreda i własnej karykatury, ale jak ją zobaczyłam, to się rozpłakałam i pomogły dopiero naleśniki z jagodami w barze mlecznym przy Krupówki 1.

Bar wciąż istnieje, tyle że przenieśli go kilkadziesiąt metrów dalej. Zamawiam omlet ze śmietaną i owocami. Jest OGROMNY, większy niż talerz, ale to już nie to samo co 25 lat temu. Plus taki, że mieszkamy tuż nad barem, a do tego jeszcze po sąsiedzku mamy Żabkę.

Następnego dnia startujemy z Zakopanego o 5.30. Dzięki naszemu przewodnikowy Tomkowi mamy wjazd aż pod schronisko nad Morskim Okiem i jest to rozwiązanie szałowe i godne zazdrości, bo oszczędza kolanom dwóch godzin marszu po asfalcie. A że warun marzenie, to można od razu ruszać do góry.

Dla niezorientowanych: Mnich to taka charakterystyczna turnia dobrze widoczna znad Moka, przy dobrej pogodzie często oblepiona taternikami jak plaster miodu pszczołami. Podziwiałam ich zawsze, myśląc sobie, że gdzie oni, kurna, lezą. A teraz sama tam idę!

Mnich widziany z podejścia znad Morskiego Oka

Podejście na Mnicha zaczyna się tak samo jak szlak na Szpiglasowy Wierch. Potem trzeba odbić w lewo, w dolinkę za Mnichem i zrobić krótkie podejście pod skały. Witają nas kozice, co dla mnie zawsze jest dobrą wróżbą, tak samo jak sarenki widziane z okien pociągu do Krakowa.

Mnich nie jest wysoki, to zaledwie 2068 m n.p.m. To w ogóle szybka akcja: podchodzimy pod ścianę, wkładamy uprzęże, zostawiamy plecaki w skalnej przechowali i sru do góry.

Pod ścianą

Idziemy najłatwiejszym wariantem, czyli tzw. drogą przez płytę, gdzie wspinania jest około 25 metrów. Mnich to jednak bardzo popularny cel taterników, razem z nami atakuje go sporo ekip – bo dróg prowadzących na szczyt jest kilka. W sumie muszę powiedzieć, że łatwizna! I choć z daleka Mnich wygląda jak szpiczasta igła, to na wierzchołku spokojnie zmieszczą się cztery osoby.

Droga na szczyt
Czysta radość
Na szczycie

Schodzenie jest w sumie jeszcze łatwiejsze niż wspinanie, bo zjeżdżamy na linie. Tak samo jak na ściance, tylko trzeba trochę bardziej uważać, by nie zjeżdżać jak worek kartofli.

No i już! Koniec. Można zjeść kanapkę i pogrzać się w słonku. Na zegarku dopiero dziesiąta z minutami, w prognozie lampa do wieczora, więc szybko postanawiamy iść dalej, na Szpiglasowy Wierch i do Piątki. To bardzo przyjemny szczyt, z którego widać nie tylko Morskie Oko, Rysy i Mnicha w dolinie, ale też Dolinę Pięciu Stawów. Moim zdaniem jeden z najlepszych widokowo punktów Tatr.

Schodzimy, a właściwie zbiegamy do Piątki. Na podejściu korek przed łańcuchami – wygląda na to, że idzie na rekordową sobotę, co przy tej pogodzie w ogóle nie dziwi. O trzynastej jesteśmy już nad Wielkim Stawem, gdzie trzeba zadać sobie sakramentalne pytanie CO DALEJ.

Miałam kiedyś takiego kolegę, Adama, na którego mówiliśmy ciśnieniowiec, bo jak miał na coś ciśnienie – na piwko, na wypad nad jezioro, na pójście spać – to nie było siły. No więc ja teraz też mam ciśnienie. Chcę iść dalej. A jeszcze bardziej nie chcę schodzić przez Roztokę do Palenicy, naprawdę szczerze nienawidzę tego asfaltu. Poza tym jeszcze wcześnie, kawał dnia przed nami, siły są. Ciśniemy więc na Zawrat, to w sumie tylko godzinka. Dziesięć minut na batona na przełęczy – i w dół. Zawrat obwieszony jest łańcuchami jak choinka na Boże Narodzenie, co sprawia, że na zejściu tworzą się korki. Trochę mnie wykańczają te łańcuchy, z niechęcią patrzę na tabliczki mówiące że do Murowańca jeszcze dwie godziny, przecież zaraz będzie Czarny Staw. No ale to są prawie dwie godziny. Idę powolutku, trochę już bolą mnie stopy, przyspieszam dopiero nad samym stawem, ale tylko dlatego, że… czuję oddech innych na plecach! To ja myślałam, że mam dobre tempo w górach, ale niektórzy to tutaj niemal biegną. Idzie się więc w kolejce, z tym chuchaniem na karku.

W Murowańcu piekło: kolejki po piwo, do kibla i do bufetu, w którym wybór jest między pomidorową z ryżem a pomidorową z makaronem. Zjadam pół talerza. Nawet na piwo nie mam ochoty. Chcę już tylko w dół, do Kuźnic.

Złazimy więc. Idziemy sobie, kiedy Tomek mówi nagle: “Zobacz, co to za zwierzę tam pod lasem?”. Ja, minus cztery dioptrie w oczach, odpowiadam: “jak to jakie, pewnie owca”. “To nie owca” – mówi Tomek. “To niedźwiedź”.

“Jaki niedźwiedź” – mówię, no przecież prawie w Zakopanem jesteśmy, może dzik co najwyżej. – “Owca. Owco-niedźwiedź”.

No i tak, reszty możecie się domyśleć. TO BYŁ NIEDŹWIEDŹ.

Niedźwiedzia oraz więcej zdjęć i filmów z Tatr możecie obejrzeć na moim Instagramie.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.