Nomadland

Karolina nie rzuca słów na wiatr. Kiedy powiedziała “jedziemy kamperem na weekend”, widziałam, że taryfy ulgowej nie będzie. Podział obowiązków jasny: ona załatwia kamper, ja załatwiam trasę.

Miały być Bieszczady, ale w końcówce kwietnia w Bieszczadach zima i śnieg. Cały tydzień oglądam zdjęcia na grupie Beskidomaniacy, a mój entuzjazm spada proporcjonalnie do temperatury i widoczności na szczycie Tarnicy. Ma być minus cztery w nocy i śnieg. A my w kamperze, bez kibla. 

Łamię się. Łamiemy. Zamiast południowego wschodu będzie północny zachód, tam przynajmniej temperatura na plusie. W dzień. Znajduję w internecie parking z widokiem na morze i wiem, że jedziemy właśnie tam.

Nigdy nie prowadziłam kampera. Dojeżdżam spóźniona na parking w Piasecznie, gdzie Karolina uczy się obsługi kuchenki i podłączania wody. Kamper jest zajebisty. Pakujemy dobytek i ruszamy na zachód. Wciąż myślę, że jesteśmy lekko jebnięte wybierając się na weekend kamperem w kwietniu, ale widziałam takich, co jeździli w marcu i po ŚNIEGU i jakoś dali radę. Zresztą, pierwszy nocleg mamy w Poznaniu, u Martyny na Jeżycach, więc jest gdzie jeszcze się wykąpać i umyć głowę, a także spać w pościeli. 

Jest to swoisty wyjazd kryzysowy, ale szczegóły przemilczę. Grunt, że wyruszamy następnego dnia wcześnie rano z Poznania i jedziemy nad morze przez Cedynię. Odwiedzamy miejsce słynnej bitwy i wzgórza, po których tysiąc lat temu maszerowały wojska Mieszka. Bombastyczny pomnik pośrodku niczego nie robi na nas specjalnego wrażenia. Dużo bardziej podobają nam się puste i suche wrzosowiska cedyńskie, gotowa ilustracja na okładkę Wichrowych Wzgórz. Pizga jak na nazwę przystało, ale jest to miejsce dość nieoczywiste i bardzo piękne. Pod odpowiednim kątem wyglada prawie jak Bieszczady. 

Spod Cedyni ruszamy na północ. Bardzo chcemy na zachód słońca nad morzem. Po drodze jemy wegeparówki z Orlenu i jajka na twardo w aucie, jest zatem oldschool i jest powiew zachodu, jest podróż narodowym szlakiem stacji benzynowych, bo knajpy przecież zamknięte.

Zajeżdżamy w miejsce oznaczone na moim Google Maps jako PARKING i zaiste jest to parking na międzyzdrojskiej plaży, 30 metrów od morza. Zajeżdżamy i jest to scena jak z filmu: trzy dziewczyny w kamperze i dwóch facetów w oplu corsa, pilnujących tego placu obwarowanego plastikową taśmą na drucie. Jeden jeździ na wózku i wygląda, jakby zwiedził w życiu różne miejsca (i niekoniecznie mam na myśli hotele w odległych krajach), drugi jest opalony i srebrnowłosy, jak młodsza i szczuplejsza wersja Giorgio Armaniego. Giorgio pyta, czy mamy rezerwację. Nie mamy. A pewnie byśmy chciały pierwszą linię, z widokiem na fale? Ano chciałybyśmy. Giorgio uśmiecha się i przeparkowuje swojego dżipa, a my mamy pokój z widokiem. Parking – w tej chwili najbardziej wypasiony hotel w Międzyzdrojach – ma czyste kibelki i prysznice z GORĄCĄ WODĄ, widmo niemycia się trzy dni odpływa więc jak brudna piana na Bałtyku. Jeszcze walczymy z rozkładanym przedsionkiem, ale po paru chwilach mamy to – mamy rybę i fryty popite piwkiem na plaży. Chuj, że ryba pewnie świeżo z Biedronki, a piwo z Lidla. Jest bosko.

Spanie w kamperze przypomina trochę spanie w trumnie. Trzeba wślizgnąć się do śpiwora i pamiętać, by nie siadać gwałtownie i nie rąbnąć głową w dach. Ponieważ nasz kamper to przerobiony van, na siku trzeba biegać do kibelków. Całe szczęście że są, myślę, wyobrażając sobie jak stoimy na jakimś parkingu w Bieszczadach i sikamy na minus cztery. 

No więc to spanie. Komfort namiotu, do tego dmuchawa z ciepłym powietrzem dmucha tak, że co chwilę się budzę, by zmniejszyć temperaturę, a potem, żeby zwiększyć. Ale rano wychodzi słońce, za wiatrem jest nawet prawie ciepło, zakładam więc ciepłe gacie i narciarską koszulkę termiczną i ruszamy na wycieczkę. Nigdy tu nie byłam, Woliński Park Narodowy jest piękny. Ludzi brak. Jest jak na bezludnej wyspie, jakbyśmy właśnie dobiły do nieznanego lądu, gdzie stopa człowieka jeszcze nie stanęła. Cywilizacja, nawet jeśli gdzieś jest, to niesłyszalna, nikną nam z oczu brzydkie betonowe konstrukcje miasta, a przed nami tylko piasek i woda. Mijamy gościa, który łowi ryby na wędkę. Znajduję wśród kamyków bursztyn.

Na wysokości Wisełki robimy piknik i sesję jogi na plaży, głowa się czyści, umysł wentyluje. Postanawiamy wracać lasem, na mojej mapie są jakieś ścieżki. Las jest jak z Narni, i choć to tylko zwykły las, jest magia. Ścieżki są jednak zdradliwe, trochę krążymy w kółko, a trochę wokół dziwnych rezydencji i ośrodków wypoczynkowych z lat 70., stojących na klifie, do których prowadzą zarośnięte drogi dojazdu. Próbujemy iść wzdłuż głównej drogi, ale nie ma tam pobocza. Nad morze nie mamy jak zejść. Obczajam na mapie alternatywną trasę przez las. W nogi wchodzi zmęczenie. Pośród miliona tematów, które mamy do obgadania, pojawia się temat niesamowitości, magii i znaków. Trochę ezo, a trochę nawet strasznie. 

Pod zagrodą pokazową żubra robimy przerwę, do domu (jakiego domu!) już niedaleko, marzę o bułce ze śledziem, muszę zjeść bułkę ze śledziem. I piwo, musimy się napić piwa. Zanim jednak, idę zagadać z Giorgio Armanim o kolejną noc. Giorgio mówi, że parking dzierżawią za 300 tysięcy rocznie, na gruncie wartym 30 milionów. Mówi też, że przed pandemią spędzał większość czasu w trasie, wiódł życie nomady, a teraz pilnuje parkingu. Giorgio jest Niemcem, ale akcentu nie słychać. Przyjechał do Polski 30 lat temu, ma pod Bielskiem-Białą dom. No i tak sobie gadamy, a bułka ze śledziem czeka. 

Na plaży trochę pizga. Miasteczko smutne, nieliczni turyści przykładają ręce do odcisków dłoni gwiazd. Marek Kondrat, Gustaw Holoubek, Anna Przybylska. Lodygofry pozamykane. Mijamy tylko jedną otwartą budkę na wynos, gdzie natapirowana kobieta w ostrym makijażu samotnie kołysze się do mocnego disco. 

Pijemy jakieś winko, ale w trumnie kampera ogarnia mnie przyjemne zmęczenie i zasypiam, nie umywszy nawet zębów. Wdzięczna jestem jednak za ten szalony pomysł, a teraz, po obejrzeniu Nomadland, podwójnie ciepło myślę o społeczności, która niekoniecznie chce żyć tak jak wymyślony został świat: chodzić do pracy, brać kredyty i budować domy. “I’m houseless, not homeless”, mówi Frances McDormad w Nomadland. Jest coś wspaniałego w tym, że można być jeszcze robinsonem na bezludnej plaży. Ze można ruszyć przed siebie i doświadczyć uczucia, które na co dzień warstwami pracy, kredytu i trosk.

Wolności. 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.